"Prawdę mówiąc to były dwa różne mecze. Wynik 0:14 na początku, po siedmiu minutach, mówił sam za siebie. Przyznam, że nie mogłem poznać naszej drużyny, a trochę znam tych chłopaków. Najważniejsze jednak, że nie pękli. Końcówkę kontrolowali już zupełnie spokojnie. Zdumiewające jest w ogóle to, że Chorwaci po cztery razy dobijali i nie potrafili umieścić piłki w koszu. Zresztą naszym też to się zdarzało, ale jednak w mniejszym stopniu. Rywale stracili na dobitkach spod kosza, Polacy się ocknęli w pewnym momencie, uznali, że mogą rzucać za trzy punkty, bo trafiają"

- skomentował piątkowy mecz 73-letni były reprezentant kraju.

Dzięki wygranej w Varażdinie podopieczni trenera Mike'a Taylora drugi raz w historii polskiej koszykówki męskiej wywalczyli awans do finałowego turnieju mistrzostw świata.

Przed 52 laty podopieczni trenera Witolda Zagórskiego zagrali w czempionacie globu jako brązowi medaliści mistrzostw Europy w Moskwie w 1965 roku. Dwa lata wcześniej we Wrocławiu wywalczyli srebro, co do dziś jest największym sukcesem polskiej męskiej koszykówki.

Piąta lokata w Montevideo to także historyczne osiągnięcie. Turniej w Urugwaju, z udziałem 12 najlepszych drużyn globu, trwał od 27 maja do 10 czerwca. Polacy dali się wyprzedzić tylko Związkowi Radzieckiemu, Jugosławii, Brazylii i USA.