„To jest ten dzień zwycięstwa Solidarności i od tego momentu mamy niepodległe państwo” – mówił w ostatnim wywiadzie telewizyjnym (udzielonym Telewizji Republika w 2013 r.) śp. Jan Olszewski, mając na myśli wybory 4 czerwca 1989 r. I po chwili dodał: „Tak, można powiedzieć, że to był dzień, w którym po czterdziestu paru latach polskie społeczeństwo mogło zademonstrować swoją rzeczywistą wolę i tę wolę okazało. Ale jednocześnie to był dzień, który podważył moralny mandat naszej strony do dalszego uczestniczenia w tym porozumieniu” – stwierdził, odnosząc się do ustaleń Okrągłego Stołu. 

I tłumaczył:

„Praktycznie rzecz biorąc, tzw. strona opozycyjno-solidarnościowa przy Okrągłym Stole działała w imieniu społeczeństwa, ale samozwańczo. W tamtym momencie było to uzasadnione tym, że społeczeństwo nie miało wówczas głosu i myśmy domniemywali, iż skoro kiedyś Solidarność skupiała – bez wątpienia – wszystkie nadzieje i dążenia Polaków, że był to dziesięciomilionowy ruch i związek, więc ludzie, którzy w jego imieniu zasiedli przy Okrągłym Stole, mieli prawo w imieniu całego narodu, a przynajmniej tego licznego odłamu, podjąć decyzję. Jednak wtedy, kiedy Polacy wyraźnie zademonstrowali swoje stanowisko ujawnione w wyborach 4 czerwca, ten mandat moralnie wygasł”. 

Trudno o lepsze podsumowanie wydarzeń, które nastąpiły w naszym kraju po czerwcu 1989 r. Jednak te kilka zdań trafiającej w samo sedno diagnozy mówi także wszystko na temat postawy politycznej świętej pamięci premiera Jana Olszewskiego – służba i uczciwość wobec współobywateli, żadnego cwaniactwa w walce o władzę. 4 czerwca Polacy potrafili dać wyraz swojej wolności, mimo  że wybory z wolnością miały mikroskopijnie mało wspólnego. Głos obywateli był jasny – PRL i jego ludzie nie mają prawa sprawować władzy. Gdyby cała ówczesna opozycja demokratyczna czuła lojalność wobec głosu narodu – jak świętej pamięci Jan Olszewski – a nie wobec rezultatów knucia z komunistami, Rzeczpospolita byłaby dziś zupełnie innym krajem.