Gdyby tak potajemnie nagrać Kaczyńskiego, zgodnie z autorską regułą: „Uczciwi nie mają się czego bać”, to co by z tego wyszło? Ujawniłem kawałek swojej wrednej natury, ale taki już jestem, kłamać nie umiem. Na 95 proc. wyceniałem uczciwość Jarosława Kaczyńskiego, w końcu tylko człowiek szalony wierzy politykom w 100 proc. – i dotyczy to każdej kwestii przez polityka poruszonej. Chodziłbym z tą pięcioprocentową zgryzotą do końca świata i jeden dzień dłużej, gdyby nie dar z niebios, a właściwie tylko z Czerskiej.

Z cyklu publikacji, jaki zaprezentował organ prasowy marksizmu, dowiedziałem się, że moją głowę niepotrzebnie zaprzątała nieuzasadniona wątpliwość. Po lekturze materiału źródłowego wiem, że Jarosław Kaczyński jest stuprocentowym fenomenem uczciwości w polityce i w życiu. Trudno o bardziej surowy test moralny niż odrzucenie inwestycji na jeden koma trzy miliarda złotych, na której mogła zarobić rodzina. Nie koniec na tym, bo jeszcze został wyraźnie zaznaczony powód rezygnacji i podkreślony szacunek dla prawa. Prezes PiS oświadczył, że nie będzie narażał własnego wizerunku i wizerunku partii dla dwóch wieżowców, nawet jeśli wszystko w tym projekcie jest uczciwe i legalne. Z kolei z roszczeniami odesłał Kaczyński „usługodawców” do księgowości, ewentualnie do sądu, jeśli faktury gdzieś się zapodziały. W podsumowaniu „afery” prezes Kujda odmówił przyjęcia łapówki – i mnie nie dziwi, że uczciwy polityk w połączeniu z uczciwym prezesem to jest dla Czerskiej skandal.