Rozbrojenie wojska oraz obrony cywilnej było w Szwecji zbyt daleko idące. Ta historia jest godna ubolewania - ocenił Bjoern von Sydow, przewodniczący komitetu ds. bezpieczeństwa i obrony, w którym zasiadają przedstawiciele rządu oraz ośmiu partii parlamentarnych.

Chodzi zwłaszcza o decyzje z 2004 roku, kiedy to na skutek szerokiego politycznego porozumienia zdecydowano o znacznych cięciach w wydatkach na obronność. Jak podkreśla "Dagens Nyheter", wynikały one z innej sytuacji w polityce bezpieczeństwa. "Szwecja i Finlandia były wówczas członkami UE od dziewięciu lat, a na wschodzie Estonia, Łotwa oraz Litwa weszły do UE i NATO sześć miesięcy wcześniej. Nastawienie Rosji wydawało się pokojowe oraz demokratyczne" - zauważa gazeta.

Szwedzki parlament w 2004 roku ocenił, że "atak zbrojny na Szwecję nie jest prawdopodobny", czego konsekwencją było m.in. wycofanie wojska z Gotlandii, bałtyckiej wyspy położonej strategicznie na południowym wschodzie kraju; od tej strony spodziewano się wcześniej ataku ze strony Rosji. Prawie całkowicie zrezygnowano z obrony cywilnej.

Wcześniej do ograniczeń w szwedzkiej obronności doszło na początku lat 90. po upadku muru berlińskiego oraz rozpadzie Związku Radzieckiego.

"Dagens Nyheter" podaje, że w 1985 roku Szwecja była w stanie zmobilizować 730 tys. żołnierzy oraz oficerów. W 2000 roku liczba ta wynosiła 445 tys., a w 2004 roku - 209 tys. Od 2010 roku, gdy całkowicie zrezygnowano z powszechnego poboru, zawodowa armia liczy 33 tys. żołnierzy. Dochodzi do tego 22 tys. ochotników wojsk obrony terytorialnej.

Jak zauważa gazeta, pierwszym sygnałem alarmowym dla szwedzkich władz było zajęcie przez Rosję ukraińskiego Krymu w 2014 roku. W 2018 roku w kraju przywrócono powszechny pobór do wojska. Zdecydowano także o powrocie wojska na Gotlandię.