Pod koniec stycznia „Gazeta Wyborcza” zainicjowała serial pt. „Taśmy Kaczyńskiego”. Pierwsza publikacja, zapowiadana jako bomba, okazała się kapiszonem albo – jak ocenił premier Mateusz Morawiecki – „największym niewypałem odkrytym po II wojnie światowej”. Pojawiły się liczne komentarze, że tą publikacją „Wyborcza” jedynie potwierdziła, iż prezes Jarosław Kaczyński zawsze działa w granicach prawa.

Niektórzy jednak podkręcali emocje. Najpierw Ryszard Petru złożył doniesienie do prokuratury. To samo zrobili posłowie PO. Nie inaczej pełnomocnicy Austriaka Geralda Birgfellnera – Roman Giertych i Jacek Dubois.

Prokurator analizuje zawiadomienie i załączoną do niego dokumentację.
- potwierdził Łukasz Łapczyński, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie, w rozmowie z „Codzienną”.

Obecnie trwają czynności sprawdzające, a wszystkie zawiadomienia są analizowane w ramach jednego postępowania. Pojawiła się jednak zagwozdka. Do żadnego z pism nie dołączono nośników z nagraniem rozmów, które cytowali autorzy zawiadomień.

Nie zostały dostarczone.
- potwierdził prokurator Łapczyński.

Czy w związku z brakiem tak ważnego dowodu można wydać jakąkolwiek decyzję?

Nie będę spekulował.
- odparł nasz rozmówca.

Taką sytuacją zaskoczona jest minister Beata Kempa.

Komuś pewnie zależy na tym, żeby grać nie tylko taśmami, ale też generalnie próbować insynuować, próbować tę sytuację w jakiś określony sposób eskalować. To brudna gra polityczna, i to jest dla mnie ewidentne.
- tłumaczyła wczoraj na antenie Polskiego Radia 24.

Co ciekawe, podobna sytuacja zdarzyła się pod koniec zeszłego roku przy innej sprawie. Chodzi o rozmowę ówczesnego przewodniczącego Komisji Nadzoru Finansowego Marka Ch. z bankierem Leszkiem Czarneckim. Najpierw było zawiadomienie, a dopiero później dostarczono oryginalne nagrania. Spektakl trwał jednak kilka dni. Pełnomocnikiem Czarneckiego jest także mec. Roman Giertych.