Sejmowa komisja finansów rozpatruje we wtorek trzy projekty ustaw - autorstwa klubów: PO-KO, Kukiz'15 oraz PiS w sprawie ujawnienia wynagrodzeń osób pełniących funkcje kierownicze w NBP.

Najdalej idący jest projekt Prawa i Sprawiedliwości, który - oprócz jawności płac w Narodowym Banku Polskim - przewiduje także, że wynagrodzenie dla poszczególnych kategorii stanowisk będzie kształtował zarząd NBP, „przy założeniu, że maksymalne wynagrodzenie nie może przekroczyć 0,6-krotności wynagrodzenia całkowitego prezesa NBP”.

Propozycję tak sformułowanego przepisu ostro zaatakowały zarówno działające w NBP związki zawodowe, jak i wiceprezes Banku Anna Trzecińska oraz zastępczyni dyrektora departamentu kadr NBP Ewa Raczko.

Wiceprezes NBP zaapelowała do posłów, by nie wykreślali z obecnej ustawy o NBP przepisu, który przewiduje, że wielkość środków na wynagrodzenia w NBP uwzględnia poziom płac w sektorze bankowym (wykreślenie tego przepisu z art. 66 ustawy o NBP przewiduje projekt PiS).

Raczko zwróciła uwagę, że wprowadzenie ograniczenia w postaci 0,6-krotności wynagrodzenia prezesa NBP będzie skutkowało koniecznością zmiany regulaminu płac w całym banku, a ten wcześniej będzie musiał zostać skonsultowany z organizacjami związkowymi. To z kolei - jak wskazywała - może grozić patem w tej sprawie.

Straszyła też, że w wyniku proponowanych przez PiS zmian z NBP może odejść kilkaset osób.

Po naszych wstępnych analizach mogę śmiało powiedzieć, że około 25 proc. pracowników nie przyjmie nowych warunków pracy i płacy. I ta obawa dotyczy tych, którzy najlepiej zarabiają, najlepiej są opłacani, bo mają największą wiedzę i najlepsze kompetencje.
- powiedziała Raczko.

Wiceprzewodniczący komisji Andrzej Szlachta z PiS przekonywał, że projekt PiS nie dotyczy informatyków, czy pracowników niższych szczebli w NBP.

Wydaje mi się, pani dyrektor, że to jest chyba jakaś nadinterpretacja skutków tej ustawy.
- dodał poseł PiS.