Oba te kraje należały też od początku włączenia ich do Związku Sowieckiego do najlojalniejszych republik związkowych, pełniąc z oddaniem rolę młodszego brata czerwonej Rosji na Zachodzie i Kaukazie. To na Białorusi wszak stacjonowała większość uderzeniowych jednostek Armii Sowieckiej przeznaczonych do ataku na Europę Zachodnią, a Armenia służyła wiernie Moskwie jako „cytadela” do trzymania w ryzach innych, bardziej krewkich narodów kaukaskich, jak Gruzini, Azerbejdżanie czy Dagestańczycy.

Dyktat gazowy Moskwy

A tu w ubiegłym roku oba te bratnie państwa w odpowiedzi na gazowy dyktat Moskwy niespodziewanie zaczęły stroić fochy i zamiast pogłębiać integrację z Rosją w ramach Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej, rozglądają się za sponsorem możniejszym niż coraz bardziej dychawiczna gospodarczo dotychczasowa centrala. Zaszokowani gwałtownym podniesieniem przez Moskwę cen gazu, wieczny prezydent Białorusi Łukaszenka oraz nowy premier Armenii Paszinian usiłują nie przyjąć dyktatu, sugerując Kremlowi, że mogą sobie znaleźć inne źródła dostaw surowców energetycznych, a co za tym idzie – inne, bardziej „bratnie” narody. A to już groźba znacznie poważniejsza niż tradycyjne przekomarzanie się ze starszym bratem o ceny gazu czy ropy.

Szantażowany przez Kreml powiązaniem ulg w cenach gazu z koniecznością ostatecznego dokonania „integracji” z Rosją zgodnie z umową z 1999 r., na ostatnim posiedzeniu białoruskiego rządu „Baćka” oświadczył: „Tworząc ten związek, powinniśmy ciągle brać pod uwagę opinię naszych społeczeństw. Dlatego z wielu, wielu przyczyn, sami rozumiecie, że nie ma rozmowy o zjednoczeniu dwóch państw”. Łukaszenka niedwuznacznie ostrzegł też, co może dla Moskwy oznaczać dalsze wywieranie na Mińsk tak silnej presji: „Jeśli Rosja wybierze taką drogę i utratę jedynego sojusznika na kierunku zachodnim, to jej wybór”. I w odpowiedzi na kremlowski szantaż zlecił rządowi zbadanie alternatywnych do rosyjskich dróg importu ropy i gazu przez porty w państwach bałtyckich.

Paszinian

Jeszcze mniejsze pole manewru miał niedawny zwycięzca w przedterminowych wyborach w Armenii, premier Nikol Paszinian, ale i on próbuje nowych sposobów na okiełznanie żądań Kremla, usiłującego nawet kosztem najbliższych sojuszników zapełnić państwową kabzę z prześwitującym już dnem. Według analityków z gruzińskiego portalu KavkazPlus narzędziem kontrszantażu Pasziniana ma się stać status kluczowej dla panowania nad Kaukazem 102. rosyjskiej bazy wojennej w Armenii, w której stacjonuje kilkanaście tysięcy żołnierzy wyrzuconych z Gruzji za pierwszej kadencji prezydenta Saakaszwilego.

Do niedawna Ormianie uważali pobyt rosyjskiej armii w swoim kraju za nadzwyczaj korzystny – opłaty za użytkowanie bazy stanowią spory zastrzyk dla obumierającej gospodarki, no i daje to gwarancję, że Azerbejdżan dwa razy się zastanowi, zanim spróbuje zbrojnie odwojować swój okupowany przez Armenię Karabach. W 2017 r. rząd zawarł nawet z Kremlem umowę o utworzeniu wspólnych sił zbrojnych, mającą być kolejnym krokiem ku integracji obu krajów w ramach Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (ODKB). Tyle że ów dokument podpisały poprzednie władze Armenii, których przedstawicieli Paszinian systematycznie pakuje za kraty pod wielce zresztą uzasadnionym zarzutem monstrualnej korupcji. Po nieudanej grudniowej misji armeńskiego premiera w Moskwie, mającej odwrócić zabójcze podwyżki cen gazu, Paszinian zaczął dyskretnie wspierać ruchy społeczne „wzburzonych obywateli”, domagających się ni mniej ni więcej, a wycofania wojsk rosyjskich!

Russkaja armia, won!

Petycję z takimi żądaniami już w grudniu – przewidując zapewne fiasko usiłowań premiera w Moskwie – wręczyła ambasadorowi Rosji Narine Mktrczian, znana prawniczka i działaczka społeczna podczas demonstracji zorganizowanej pod rosyjskim poselstwem w Erywaniu. Jej akcję wsparły dwa mało znaczące ugrupowania polityczne: Partia Konserwatywna i Europejska Partia Armenii, a działacze tej ostatniej rozwinęli podczas manifestacji pod ambasadą baner z wypisanym po ormiańsku i po rosyjsku hasłem, które jeszcze kilka miesięcy temu byłoby straszliwą herezją: „Russkaja armia – won iz Armenii!”.

We wręczonej ambasadorowi petycji przytoczono liczne przypadki przestępczych działań żołnierzy rosyjskich wobec miejscowej ludności, w tym brutalne zabójstwa dokonane na 7-osobowej rodzinie w 2015 r. i ostatnio, 3 grudnia ub.r., na starszej kobiecie. Autorzy memorandum twierdzą, że dowództwo bazy notorycznie sabotuje próby osądzenia swoich podkomendnych, w związku z czym wnoszą o podporządkowanie personelu armii rosyjskiej wyłącznie jurysdykcji Armenii.

Dalej następuje ostrzeżenie, że w przypadku niewykonania tych żądań wspierające demonstrację siły polityczne uznają, że „dalsze istnienie rosyjskiej bazy na terytorium Republiki Armenii staje się nie tylko niebezpieczne i wątpliwe, ale także sprzeczne z naszym interesem narodowym i nie ma perspektyw. Będziemy w naszych działaniach konsekwentni”.

Alternatywa, czyli manewr „Baćki”?

Na razie tego typu wystąpienia uliczne są rzadkie i niezbyt tłumne, ale w trudnej międzynarodowej sytuacji Rosji i jej narastającej izolacji spektakularny kryzys wokół bazy na terytorium najwierniejszego sojusznika byłby ostatnią rzeczą, jakiej by sobie życzył Kreml. Na tym też opiera swoje rachuby Paszinian, licząc, że jeśli dyskretnie pod-grzeje antyrosyjską atmosferę, dopnie swego i miażdżące dla gospodarki i ludności Armenii podwyżki cen gazu zostaną wycofane pod takim czy innym dogodnym dla Moskwy pretekstem.

Gdyby zaś Rosja nie ustąpiła przed tą dość desperacką, iście pokerową zagrywką, Armenii pozostałaby już tylko ta sama ciernista droga, której podjęcie już kilka razy symulował białoruski „Baćka” – rzeczywiste nawiązanie bliższych kontaktów z Zachodem i NATO w celu skorzystania z jakiegoś nowego planu Marshalla, bez uruchomienia którego dalszy samodzielny byt obu krajów staje pod poważnym znakiem zapytania. Tyle że za to trzeba by zapłacić poważną cenę: zerwania sojuszu wojskowego z Rosją, a dodatkowo w przypadku Białorusi radykalna demokratyzacja i liberalizacja zarówno w ekonomice jak i sferze praw człowieka, zaś w przypadku Armenii bezwarunkowy zwrot Azebejdżanowi zagrabionych terytoriów Karabachu.

Czy społeczeństwa, a przede wszystkim władze obu tych krajów, są na to gotowe? Można żywić co do tego poważne wątpliwości. Wydaje się, że opisane działania są jednak tylko blefem mającym na celu wytargowanie od Moskwy odstąpienia od podwyżek cen gazu lub przynajmniej ich poważnego złagodzenia. Z drugiej wszakże strony władze zarówno Armenii, jak Białorusi są tak zdeterminowane fatalną sytuacją ekonomiczną swoich krajów i kiepskimi nastrojami społeczeństw, że powiedziawszy dla efektu „a”, zostaną zmuszone wyrzec i „b”.

Nie należy więc zapominać, że poruszanie się zygzakiem chroni węże – uchodzące wśród ludu za chytre i bystre stwory – przed różnymi niebezpieczeństwami, ale nie-które noszą też zygzak na grzbiecie, co znamionuje, że gdy znajdą się w sytuacji bez wyjścia, ich jadowite ukąszenie może być naprawdę groźne, a dla ledwie dychającego imperium – wręcz śmiertelne.