Regulacja populacji wilka stała się jednym z najgorętszych tematów dyskusji w niemieckiej polityce. Dlaczego zwierzęciem niezgody jest właśnie wilk, a nie na przykład dzik, wyjaśnia dziś komentator "Frankfurter Allgemeine Zeitung" Eckart Lohse.

"W gruncie rzeczy w sporze chodzi o to, czy ułatwić zastrzelenie jednego albo kilku wilków spośród tysiąca sztuk, które obecnie znajdują się na terytorium Niemiec. Kwestii tej jest poświęcony nawet osobny akapit w umowie koalicyjnej między CDU/CSU a SPD. Żaden polityk, nawet kanclerz Angela Merkel, nie może uchylić się od zajęcia stanowiska na ten temat, zwłaszcza podczas podróży na wschodzie Niemiec, gdzie skupia się populacja zwierzęcia"

- wyjaśnia Lohse.

Hodowcy zwierząt od lat narzekają na zbyt małe wsparcie ze strony państwa. Odbudowana populacja wilka, który pustoszy stada, to kropla, która przelewa czarę goryczy.

"Nie tłumaczy to jednak wciąż, dlaczego właśnie wilk został tak upolityczniony, a nie np. dzik, który w spotkaniu z człowiekiem również potrafi być niebezpieczny"

- zauważa autor.

Jego zdaniem po wyjaśnienie należy sięgnąć... do książek kucharskich i bajek dla dzieci. Dzik ląduje na niemieckich stołach jako specjał. W związku z tym budzi pozytywne skojarzenia. Wilk przeciwnie - już w bajkach dla najmłodszych jest obsadzany w roli szwarccharakteru.

Lepiej, żeby o kulinarnych zwyczajach Niemców nie dowiedzieli się politycy Platformy Obywatelskiej. W ostatnich dniach tak zaciekle bronili dzików, że mogłoby się to skończyć dziką awanturą. Aż strach pomyśleć, jak w takiej sytuacji zachowałby się - na przykład - poseł Michał Szczerba.