W ubiegłym tygodniu media nakręciły spiralę żali w ramach informacji o tym, że rząd chce strzelać do dzików. Natychmiast znalazły się tabuny mądrali, którzy gotowi są nas przekonywać, że, po pierwsze – strzelanie nic nie da, a po drugie – jest nawet szkodliwe. Tak się składa, że ich rady już odczuliśmy na własnej skórze. Pierwszą reakcją na pojawienie się ASF w Polsce był – przypomnę – zakaz odstrzału w rejonie występowania choroby. Po kilku miesiącach takiej polityki ogniska wybuchały w kolejnych miejscach.

Można śmiało powiedzieć, że zachowawcza polityka doprowadziła do tego, iż choroba objęła pół kraju. Jeżeli nadal będziemy bierni, jest kwestią czasu, kiedy obejmie drugą połowę, doprowadzając do upadku rolników z Wielkopolski. Przypomnę, że według Einsteina osoba, która chce osiągnąć tymi samymi metodami inne skutki, wyczerpuje definicję szaleńca. I niestety nie zmienia tego tytuł naukowy, a czasami nawet pomaga, aby idiotycznie trwać w błędzie. W czasie gdy my toczymy absurdalne boje, w Niemczech odbywają się rekordowe polowania, a tamtejsi myśliwi zabili 822 tys. dzików, czyli dokładnie 4 razy tyle co my. Przypomnę, mówimy o kraju, w którym jeszcze ASF nie ma, a który czuje jedynie zagrożenie. Ekolodzy tej eksterminacji nie widzą? A może naukowcy ruszą na Zachód ze swoimi ideami? Jak przekonają Niemców, to ja też im uwierzę.  Sukcesu im nie wróżę. Łatwo jest bowiem urządzać życie innym, nie ponosząc za to konsekwencji.