By nie musieć do swojego worka zaglądać, słusznie spodziewający się od „starszego brata” samych rózeg Aleksander Łukaszenka pomknął tuż przed sylwestrem do Moskwy z własnymi czterema (!) workami sławetnej białoruskiej bulby i zawiniątkiem sała, czyli specjalnie wędzonej słoninki. Jak zapewniał Putina „Baćka”, cztery gatunki kartofli pochodziły z jego własnej działki: „Wszystko swoje!”.
Dziennikarz Biełsatu Andrzej Poczobut skomentował to złośliwie: „Lata lecą, a styl się nie zmienia: biedny krewny ze wsi przyjechał do miasta »załatwiać sprawy«. Jak tu bez agroprezentu?”.

KGB przykręca śrubę

Wygląda jednak na to, że urok ziemniaczków ze skwarkami nie podziałał na gospodarza Kremla, który złożył biednemu krewnemu propozycję nie do odrzucenia: płacić od nowego roku pełną stawkę za dostarczany z Rosji gaz i ropę, co wedle wyliczeń białoruskich ekonomistów oznaczałoby dodatkowy koszt rzędu ponad 300 mln dol. Dla Białorusi, która zarabia głównie na reeksporcie przetworzonej w swoich rafineriach ropy naftowej płynącej właśnie z Rosji, to kwestia być albo nie być, bo jej ekonomika i tak już ledwie dycha.
Jednak jak twierdzą zarówno rosyjscy, jak i białoruscy analitycy, premier Rosji Dmitrij Miedwiediew przejrzyście dał do zrozumienia Łukaszence, że Białoruś może uzyskać wsparcie Kremla tylko po wypełnieniu umów o powołaniu Związku Białorusi i Rosji, w adekwatnym polskim skrócie: ZBiR. Podpisali je prezydenci obu krajów 2 kwietnia 1997 r. Jak słusznie zwraca uwagę politolog Arsen Siwicki, szef mińskiego Centrum Studiów Strategicznych i Polityki Zagranicznej: „Prezydent Łukaszenka w latach 90. aktywnie promował pogłębioną integrację gospodarczą i polityczno-wojskową, włącznie z perspektywą aktu konstytucyjnego, który wprowadziłby instytucję prezydenta związkowego”. Tyle że wówczas na objęcie tego stanowiska po spodziewanym wkrótce odejściu schorowanego Jelcyna liczył oczywiście sam „Baćka”. Tymczasem nieprzewidywalny car Borys wyznaczył na swojego następcę młodszego, także od Łukaszenki, cwanego kagiebowca Putina, który dzięki sprytnym sztuczkom prawnokonstytucyjnym rządzi odtąd Rosją bez przerwy, a od ładnych kilku lat coraz brutalniej, przykręcając też śrubę swoim nielicznym i wymuszonym sojusznikom, jak Armenia czy właśnie Białoruś.

Po rosyjskiej agresji na Ukrainę Łukaszenka pojął, że i Białorusi grozi wchłonięcie przez Rosję, i zaczął stawać okoniem, nie uznając np. aneksji Krymu i nie zgadzając się na rozmieszczenie na swoim terytorium rosyjskiej bazy wojskowej. Nawiązał m.in. ciepłe stosunki z Kijowem i kolejny raz usiłował zagrywać z Zachodem.

Wydaje się jednak, że tracący we własnym kraju popularność Putin postanowił podreperować swoją nadszarpniętą brakiem sukcesów na Ukrainie i podwyższeniem wieku emerytalnego reputację właśnie kosztem Białorusi. Gazeta „Moskowskij Komsomolec” twierdzi, że wszystko to Putin postanowił wynagrodzić Rosjanom noworocznym prezentem w postaci obietnicy, że już wkrótce zbuduje im mini-Związek Sowiecki, za którym wszyscy wszak tak tęsknią. To nowe Państwo Związkowe po przetrawieniu Białorusi będzie miało nie tylko wspólną walutę (oczywiście rosyjskiego rubla), lecz także swój własny hymn oraz godło, którego projekt graficzny zaprezentowano.

Hymn już gotowy

Ów zaś nowy hymn już powstał i po raz pierwszy rozbrzmiał na posiedzeniu rozszerzonego prezydium Izby Społecznej Państwa Związkowego 21 grudnia w Moskwie. Jak podały rosyjskie i białoruskie media, jury konkursu „Symbole obywatelskie Państwa Związkowego” wybrało napisany naprzemiennie po białorusku i rosyjsku (taka bilingua w hymnie to ewenement na skalę światową!) utwór autorstwa „zasłużonych artystów” Rosji i Białorusi. Ci dwaj wielce utalentowani ludzie to członek łukaszenkowskiego Związku Pisarzy Białorusi, emerytowany generał-major KGB Iwan Jurkin oraz członek Związku Pisarzy Moskwy Simon Osjaszwili. Wysłuchałem uroczystego wykonania ich dzieła i muszę z żalem wyznać, że muzycznie nie dorasta on do pięt słynnemu dziełu Aleksandra Aleksandrowa, czyli hymnowi Związku Sowieckiego, a po literackim liftingu – także obecnej Rosji.

Żaden przekład nie odda też specyficznego uroku stylistyki tego tworu, ale się postaram. Hymn już w pierwszych, wielce kanciastych strofach zapewnia, że: „Nad Białorusią i nad Rosją/Na wieczność jedna gwiazda błysła./Każdym my czasom damy radę,/Wspólnymi się splótłszy korzeniami./Strzec zawsze braterstwa będziemy/I nie zdradzimy nigdy go!”. A całe to wiekopomne dzieło kończy się następująco: „Nakazów ojców nie zapomnimy,/Ku jutru razem kroczyć nam!”.

Cóż, będzie to bez wątpienia jutro tej samej świetlanej przyszłości, którą „narodom związkowym” Związku Sowieckiego obiecywał już Stalin, też „niezapominający nakazów ojców” – Marksa i Lenina. Wprawdzie kilkadziesiąt milionów gdzieś się tam po drodze zgubiło, a to w wojnach, a to w łagrach, ale co tam.

Na rubieżach Międzymorza

A dalszy bieg wypadków potwierdził moje credo, że z punktu widzenia interesów tak wielkiej pod względem geopolitycznym idei jak projekt Międzymorza, to, co się dzieje na zachodnich rubieżach neoimperium, dotyczy wszystkich postsowieckich przestworów. W tym samym bowiem rozdaniu noworocznych podarków spod kremlowskiej choinki dość niespodziewany prezent otrzymał także najlojalniejszy zawsze sojusznik i zausznik Moskwy – Erywań.

Najpierw armeński serwis 168 Żam na podstawie przecieków zaalarmował, że od przyszłego roku Rosja podniesie ceny gazu również dla Armenii. 13 grudnia p.o. minister energetyki Garegin Bagramian oficjalnie już poinformował, że Armenia i Rosja nie osiągnęły porozumienia w sprawie ceny gazu, mimo że obowiązująca umowa wygasała z dniem 31 grudnia.

W tej sytuacji do Moskwy tuż przed końcem roku pofatygował się pospiesznie sam nowy premier Nikol Paszinian, który nie należy do ulubieńców Kremla, mimo swoich zapewnień o wiecznej z Rosją przyjaźni. Został on wprawdzie przyjęty przez Putina, ale najwidoczniej nie zwojował więcej od Łukaszenki, bo po powrocie do kraju, aby nieco stonować panikę narastającą wśród współobywateli, mógł jedynie z kwaśną miną zapewnić, że negocjacje w tej sprawie będą kontynuowane.

Wziąwszy wszakże pod uwagę to, co Białoruś otrzymała w pakiecie wraz z podwyżkami cen ropy naftowej i gazu, przywódcy Armenii powinni może już zaczynać poszukiwania wśród swoich artystycznie uzdolnionych emerytów z KGB autora ormiańskich słów do nowego, jeszcze bardziej związkowego państwa Białorusi i Rosji, które zatrzymane w ekspansji na Zachód przez Ukrainę i nowe bazy NATO w Europie Środkowo-Wschodniej rozprzestrzenia się tam, gdzie może.

Wszak to zajęcie Armenii przez bolszewików w 1920 r. stało się początkiem ponownego podboju Kaukazu przez odradzające się w wydaniu sowieckim imperium rosyjskie. Armenia w 1922 r. wraz z innymi podbitymi krajami, chcąc nie chcąc, była członkiem założycielem Związku Sowieckiego, a po jego rozpadzie stała się członkiem jego niezbyt udanego następcy – Wspólnoty Niepodległych Państw, od 2015 r. zaś należy do Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej, czyli równie kalekiego tworu, mającego zastąpić upadłą wraz z Sojuzem Radę Wzajemnej Polityki Gospodarczej (RWPG), niesławną maszynkę do wysysania przez Moskwę należnych danin od krajów satelickich. W razie rozszerzenia się ZBiR na Kaukaz „bratni przywódcy” Putin i Łukaszenka po kolejnej niezbędnej wówczas zmianie konstytucji nowego Państwa Związkowego mogliby przedłużyć sobie znowu prezydenckie kadencje chyba już do końca życia.