Tegoroczną nowością był także udział w publicznych zgromadzeniach związanych z obchodami rozpoczęcia nowego roku osób w żółtych kamizelkach. To jeszcze nie tradycja, ale biorąc pod uwagę częstotliwość pojawiania się żółtych ludzików na ulicach, rondach i autostradach, tylko czekać, aż tradycją się stanie. 

Były też przejawy lokalnego „kolorytu” w postaci podpalenia halalowego sklepu mięsnego w miejscowości Saint-Herblain (Loire-Atlantique) czy postrzelenia 17-latka w Angoulême (Charente). U nas w Polsce tradycją może stać się co najwyżej wypadek przy odpalaniu petard, ale gdzie nam do cywilizacji krajów, które uważają się przecież za mądrzejsze.

Orędzie prezydenta

W pełni tradycyjne, i to nie tylko jak na Francję, było natomiast noworoczne orędzie prezydenta. W tym roku, właśnie ze względu na społeczny bunt, oczekiwane szczególnie mocno. Po jego wysłuchaniu można nabrać przekonania, że lepiej nie będzie, a rok 2019 będzie okresem dalszej konfrontacji władzy ze społeczeństwem lub przynajmniej jego dużą częścią. Biorąc pod uwagę majowe wybory do Parlamentu Europejskiego i brak rezygnacji Emmanuela Macrona z planów objęcia przywództwa nad paneuropejską walką z tzw. populizmem, wygląda na to, że z francuskim prezydentem przyjdzie się w tej kampanii potykać także naszemu rządowi.
Ale wracajmy do „naszych baranów” – jak mawiają tubylcy, czyli do orędzia Macrona. W ciągu 16 minut swojego przemówienia prezydent starał się pokazać swoje zdeterminowanie w kwestii wprowadzania reform, które jednak są odrzucane przez znaczną część Francuzów.

Na początku sympatycznie…

Zaczęło się sympatycznie od przypomnienia kilku wydarzeń mijającego roku, który „nie szczędził nam intensywnych emocji”. Macron wymienił tu sukcesy sportowe piłkarzy na mundialu w Rosji, „wielkie wydarzenia kulturalne i obchody stulecia zawieszenia broni w 1918 r.”. Do udanych reform zaliczył podjęcie restrukturyzacji francuskich kolei, reformę programów praktyk zawodowych i prawa pracy czy poprawę organizacji służby zdrowia. Za sukces uznał też „walkę z globalnym ociepleniem”. Dodał jednak, że chociaż „wyniki nie są natychmiast widoczne”, to nie wolno od takich działań odstępować, jeśli nie chce się spowolnić ich tempa. Wezwał też rząd do „kontynuowania prac w ciągu najbliższych kilku miesięcy”, co pokazuje, że władza raczej nie ustąpi.

Odnosząc się bezpośrednio do protestów „żółtych kamizelek”, Macron przyznał, że „doświadczyliśmy wielkich podziałów w 2018 r.”. W diagnozie buntu odwołał się do „niesprawiedliwości”, „niezrozumiałych kierunków globalizacji”, „zbyt skomplikowanej i nieżyczliwej administracji”, do „zmian podważających w społeczeństwie poczucie tożsamości i swojego znaczenia”. Diagnoza niemal słuszna, choć bardzo ogólnikowa. Jako naukę z „lekcji roku 2018” prezydent Francji uznał „chęć budowy lepszej przyszłości w oparciu o umiejętność znalezienia lepszego sposobu na bycie razem”. Zaraz jednak dodał, że „dość niebezpieczne byłoby ignorowanie sytuacji w otaczającym nas świecie” i złożył zapowiedź, że „wspólnie pokonamy narodowy egoizm” i „obskurantyzm”. Było też o „porządku międzynarodowym zbudowanym po 1945 r.” i „wzroście ekstremizmu wszędzie w Europie”. Inne zagrożenia to „fake newsy”, „terroryzm islamski”, „ultraliberalny kapitalizm”, który na szczęście „dobiega końca”. Było też tak modne obecnie bajdurzenie o „sztucznej inteligencji”.

Wobec buntu „żółtych kamizelek”

Macron nie odniósł się do głównego ostatnio postulatu ruchu „żółtych kamizelek”, czyli idei referendum obywatelskiego, ale dość optymistycznie stwierdził, że „dzięki debacie, która się rozpoczęła, w pełni przywróciliśmy naszą demokrację”. Dopuścił też możliwość „ewoluowania instytucji”, po czym przypuścił już ostry atak na „buntowników” („ostatnio widziałem rzeczy nie do pomyślenia i słyszałem postulaty nie do przyjęcia”). Dodał, że rzecznicy „nienawistnego tłumu” atakują „wybranych urzędników, policję, dziennikarzy, Żydów, obcokrajowców i homoseksualistów”. Ten karykaturalnie przedstawiony ruch nazwał następnie „negacją Francji” i groził, że „porządek republikański będzie zapewniony”. Później nastąpiły jeszcze słowa pochwały wojska, policji, strażaków i żandarmerii.

Europie też nie odpuści

Ostatnia część orędzia noworocznego prezydenta Francji dotyczyła „nadziei dla spraw europejskich”. Macron odniósł się do wyborów do PE przewidzianych na 26 maja i stwierdził, że „chcemy skończyć z bezsilnością na wszystkich jej poziomach. Zadanie jest bezprecedensowe, ale jest w naszym zasięgu. Wiem, że możemy”. Powrócił tu do swojego ulubionego podziału na obóz postępu, który ma reprezentować on sam, i tzw. populistów, czyli po prostu tych, którzy z pomysłami federalistycznej Europy się nie godzą.

Reakcje opozycji

Reakcja francuskich polityków na orędzie prezydenta była poza jego własnym obozem politycznym (LREM) dość krytyczna. Pierwsza zareagowała szefowa Zjednoczenia Narodowego Marine Le Pen, która w ostrym tonie skomentowała przemówienie w ten sposób, że nazwała po prostu Macrona… piromanem. Prawicowy polityk Nicolas Dupont-Aignan, szef ruchu Debout la France (Powstań, Francjo), stwierdził, że Macron roku 2019 może być jeszcze gorszy od tego z 2018 i napisał: „Niczego się nie nauczył, niczego nie zrozumiał”. Po lewej stronie sceny politycznej szef Zbuntowanej Francji Jean-Luc Mélenchon określił prezydenckie orędzie jako „lekcję z księżyca” i dodał w specyficznym dla swojej formacji stylu, że „prezydent bogaczy roztacza zasłonę dymną”.

Co dalej?

W rzeczywistości taktyka pałacu prezydenckiego wydaje się iść w dwóch kierunkach. Zmniejszania społecznego poparcia dla ruchu „żółtych kamizelek” (obrazki prawdziwej i wyimaginowanej przemocy, anarchii, oczekiwanie na zmęczenie protestami, kompromitowania ruchu) i możliwości bezpośredniej konfrontacji (brutalizacja działań policji, zastraszanie – przykład naukowca z CNRS, któremu zagrożono utratą pracy, siłowe rozwiązywanie blokad i manifestacji z karaniem ich uczestników). 

Zadanie nie będzie łatwe, bo po stronie „żółtych kamizelek” widać jednak dużą determinację, a poparcie dla ruchu utrzymuje się pomimo ostrej propagandy prorządowej, powyżej 60 proc. (chociaż już blisko połowa badanych ma dość samych protestów). Najnowszy sondaż przeprowadzony już po orędziu noworocznym Macrona przez Opinion Way szacuje, że 60 proc. Francuzów uznało, że „prezydent nie był przekonujący”, a jego „przyrzeczenia” odebrało pozytywnie tylko 40 proc. słuchających (z których „naprawdę przekonanych” poczuło się tylko 14 proc.). 

Wygląda na to, że rok 2019 będzie dla Emmanuela Macrona po prostu trudny. Wątpliwe, by z problemami uporał się do maja, więc jego zaangażowanie się w kampanię do wyborów europejskich z konieczności będzie miało ograniczony skutek. W dodatku powróciła sprawa jego „ochroniarza” Alexandre’a Benallego, który w maju 2018 r. został sfilmowany jak przebrany za policjanta bije jednego z demonstrantów i który nie wiedzieć czemu miał dyplomatyczne paszporty.

Sylwestrowa noc zilustrowała rozmaite problemy Francji. Wprowadzający Francuzów w nowy rok prezydent Macron miał zapewne zabrzmieć w swoim orędziu jak, co najwyżej lekko ranny, lew. Bardziej przypominało to jednak inne odgłosy, by nie napisać… miauknięcia.