Pod koniec ubiegłego roku została przyjęta przez polski parlament i podpisana przez prezydenta "ustawa prądowa", która wyjątkowo zainteresowała Komisję Europejską. 

Zgodnie z nowymi przepisami akcyza na energię elektryczną zostaje zmniejszona z 20 do 5 zł za MWh, obniżona zostaje też o 95 proc. opłata przejściowa, płacona co miesiąc przez odbiorców energii elektrycznej w rachunkach. Opłaty przesyłowe i dystrybucyjne, płacone przez odbiorców, zostają zamrożone na poziomie z 31 grudnia 2018 r.

Fundusz Wypłaty Różnicy Ceny ma zostać zasilony 80 proc. pieniędzy ze sprzedaży przez rząd w 2019 r. dodatkowych 55,8 mln uprawnień do emisji CO2. 1 mld z tego tytułu ma trafić do krajowego systemu zielonych inwestycji. Ma on dofinansowywać projekty nowych niskoemisyjnych źródeł energii, modernizację zmniejszającą jednostkowy wskaźnik emisyjności lub inwestycję w infrastrukturę dystrybucyjną.

Jak poinformowała w minionym tygodniu rzecznik KE Mina Andreewa, "Komisja Europejska oczekuje, że polskie władze przekażą do notyfikacji ustawę dotyczącą cen energii w Polsce".

Sprawa była komentowana w programie "7x24" Katarzyny Gójskiej m.in. przez Ryszarda Czarneckiego (PiS), który stwierdził, że "państwa członkowskie muszą zgłosić UE chęć pomocy publicznej obywatelom", a "kraje członkowskie korzystają z niej w różnych sprawach" - i tu "pani rzecznik ma rację".

Jesteśmy, jak to się mówi, "w prawie" i KE nie ma nic do roboty. Dziwi mnie sytuacja, że niektórzy liderzy opozycji (m.in. Katarzyna Lubnauer) podszczuwają KE na Polskę

- mówił.

Zdaniem Marcina Święcickiego (PO), "ustawa była robiona na łapu capu (...) Jeśli nie zapłacimy jako użytkownicy energii, to zapłacimy jako podatnicy", zaś "polityka w zakresie energii elektrycznej idzie w kierunku drogiej i brudnej".

Według Tomasza Rzymkowskiego (Kukiz'15) scenariusz tego, jak ta kwestia się zakończy, jest prosty:

KE stwierdzi, że jest to niedozwolona pomoc publiczna, każe zwrócić pieniądze i jeszcze nałoży kary. Czekaliśmy zbyt długo. Popyt na energię elektryczną wciąż rośnie. Jej cena nie jest ustanawiana sztywno przez urzędnika, ale ustala ją rynek, a do tego dochodzą m.in. certyfikaty, które stały się przedmiotem spekulacji. 

Marek Sawicki (PSL) wykazywał natomiast, iż zarówno PiS, jak i PO "były przeciwnikami energii odnawialnej". 

Jestem przeciwnikiem energetyki jądrowej. Mamy tyle zasobów naturalnych, że dają one samowystarczalność energetyczną. Mamy wyhamowanie tempa wzrostu  energetyki odnawialnej – obecnie to 2 proc. 

- dodał.

W 2014 r. Tusk zgodził się na propozycje Merkel, że każdy Polak będzie miał wyższe ceny energii. A teraz okazuje się, ze to opozycja bije na alarm, bo rząd nie chce, żeby ktoś płacił więcej za energię. Czemu nie skrzykniemy się razem, żeby każdy obywatel miał niższe ceny prądu? Nie torpedujmy tego, co dobre!

- apelowała Iwona Michałek (Porozumienie).