Według najnowszych danych w całej Francji w manifestacjach brało udział ogółem 50 tys. ludzi - znacznie więcej niż tydzień temu, gdy było ich 32 tys. - Nie ulega wątpliwości, że wbrew nadziejom rządu koniec roku nie oznaczał końca ruchu "żółtych kamizelek" – komentują obserwatorzy.

Prezydent Francji Emmanuel Macron potępił "skrajną przemoc", do jakiej doszło podczas sobotnich protestów ruchu "żółte kamizelki". 

Kolejny raz skrajna przemoc zaatakowała Republikę - jej stróżów, jej przedstawicieli, jej symbole. Ci, którzy dopuścili się tych czynów, zapominają o sednie naszego paktu obywatelskiego"

- ocenił na Twitterze szef państwa.

Zapowiadając, że "sprawiedliwość zostanie wymierzona", Macron podkreślił również, że aby doszło "do debaty i dialogu", "każdy mu się zmobilizować".

Zarówno świadkowie aktów wandalizmu, do jakich doszło w Paryżu pod koniec manifestacji, jak i eksperci od spraw bezpieczeństwa zgodni są, że była to "robota zadymiarzy", którzy "nie mają nic wspólnego" z ruchem "żółtych kamizelek".

Dyrektor paryskiego Instytutu im. Leonarda da Vinci, specjalista ds. bezpieczeństwa Driss Ait Youssef zwrócił uwagę, że "zajścia i zniszczenia w momencie rozwiązywania manifestacji stały się regułą". Przytaczając w BFMTV przykłady z demonstracji i pochodów sprzed powstania ruchu "żółtych kamizelek", ekspert uznał, że "siły bezpieczeństwa opracować muszą nową, bardziej skuteczną taktykę blokowania elementów pragnących tylko wyzwolenia własnej przemocy".

"Ludzie mają dosyć klimatu gwałtu, dosyć przejawów rasizmu" – powiedział w BFMTV senator prezydenckiej liberalnej partii La Republique en Marche (LREM) Julien Bargeton. Na dowód polityk przytoczył malejące poparcie dla manifestacji "żółtych kamizelek", które według najnowszych sondaży spadło z 80 do 55 proc.

Media - oskarżane przez "żółte kamizelki" o stronniczość i nieuzasadnione szerzenie strachu - informują o przypadkach antysemickich zachowań niektórych uczestników demonstracji oraz o kilku napaściach na reporterów.

W sobotę pod wieczór deputowany skrajnie lewackiej Francji Nieujarzmionej Adrien Quatennens zarzucił telewizjom "propagowanie obrazów zniszczeń i przemocy", podczas gdy "manifestacje były pokojowe i wszędzie było spokojnie".

Polityk uznał ruch "żółtych kamizelek" za "wspaniały powrót do polityki ludzi, którzy od polityki odeszli", a ich "żądania sprawiedliwości społecznej i podatkowej" za słuszne.

Zapowiedział, że prezydentowi Francji Emmanuelowi "Macronowi nie uda się ich zamieść pod dywan pseudodebatą narodową", jaką zaproponował. "Nie ma powrotu do tego, co było przed kamizelkami" – rzucił polityk w wywiadzie radiowym.

"Rząd jest w bardzo skomplikowanej sytuacji" – powiedział komentator BFMTV Jeremy Brossard. A to dlatego, że jak twierdzi, ruch "żółtych kamizelek" stwarza "zarówno problemy polityczne, jak i dla bezpieczeństwa publicznego".

Władze miały nadzieję, że okres świąteczny oraz "debata narodowa" zaproponowana przez prezydenta spowodują zamarcie ruchu, ale "nic z tego się jeszcze nie sprawdza" – zauważył komentator.

Z kolei Thierry Fabre z tygodnika ekonomicznego "Challenges", którego zdaniem "paliwem macronizmu są reformy", zastanawiał się, podobnie jak inni komentatorzy, nad tym, na ile możliwe jest ich kontynuowanie przez prezydenta.

Choć Macron zapowiada przyspieszenie zmian, "trudno mu będzie utrzymać kurs" - zapowiada dziennikarz "Challenges". A to dlatego - wyjaśnia - że "ma przeciw sobie opinię" publiczną. "Większość Francuzów uważa, że reformy powiększają nierówności społeczne i że zbyt długo czeka się" na korzyści, które płyną z tych już przeprowadzonych.

Tymczasem obserwować można pewną strukturyzację ruchu "żółtych kamizelek". Jedna z jego głównych inicjatorek Jacline Mouraud - podkreślająca, że "trzeba skończyć z niszczeniem, a przyszedł czas budowania" - ogłosiła rozpoczęcie prac nad założeniem partii. Stronnictwo to, jak zapowiedziała, nie ma jednak zamiaru uczestniczyć w zaplanowanych na maj wyborach do Parlamentu Europejskiego.

Marsylski działacz "żółtych kamizelek" Hayk Shahinyan oznajmił z kolei, że powstało tam stowarzyszenie Ruch Żółte Kamizelki. Oskarżył rząd o "chęć rozwiązania siłowego", "debatę narodową" uznał za "wykręt" i również odrzucił udział w wyborach europejskich, uzasadniając, że ruch "nie zamierza trzymać się kalendarza medialnego".