Można dla przykładu wymienić zamachy terrorystów islamskich na Starym Kontynencie, łącznie z tym, który miał miejsce pod koniec roku we francuskim Strasburgu, gdzie mieszczą się siedziby Parlamentu Europejskiego oraz Rady Europy i Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy. Wywarł on szczególne wrażenie, ponieważ w stolicy Alzacji był to pierwszy poważny atak terrorystyczny (przez francuską telewizję nazywany uparcie przez wiele godzin po zamachu „fussilade”, czyli „strzelanina”, tak jak zamachowiec określany był mianem „tireur” – „strzelec”!). Sześć ofiar śmiertelnych, łącznie z dwiema zmarłymi w szpitalu, w tym kolejny już Polak – to tragiczna pointa roku, w którym liczba ataków terrorystycznych była porównywalna z rokiem poprzednim, choć liczba ofiar śmiertelnych w sumie może być nieco mniejsza (czekamy na oficjalne dane Europolu). Europa A.D. 2018 była też widownią innego terroru – o którym nie wiadomo dlaczego mówi się znacznie mniej – ze strony skrajnej lewicy. Liczba ataków i liczba ofiar w poprzednich latach była porównywalna z zamachami muzułmańskich ekstremistów. Ubiegły rok był również bolesną kontynuacją morderstw dokonywanych na chrześcijanach, zwłaszcza w Afryce i Azji.

Prześladowanie chrześcijan – kontynuacja

Oficjalne statystyki dotyczące tej hańby XXI w. poznamy zapewne dopiero 1 kwietnia, gdy tradycyjnie w Wiedniu OIDAC, czyli Obserwatorium Nietolerancji i Dyskryminacji Chrześcijan, poda dane dotyczące tradycyjnie okresu od późnej jesieni 2017 r. do późnej jesieni następnego roku. Ciekawe, czy znów będziemy świadkami paradoksalnej tendencji, że zwiększa się liczba zamordowanych wyznawców Chrystusa (w poprzednim roku 3000 zamordowanych w stosunku do 1500 rok wcześniej), a jednocześnie spada liczba zamykanych czy niszczonych kościołów (blisko 800 w 2017 r. w porównaniu z ponad 1300 w roku 2016).

Poza tymi dwoma stałymi zjawiskami – zamachami terrorystycznymi (nie tylko przecież w Europie) i prześladowaniami chrześcijan (dotknęły one aż dwóch milionów naszych braci w wierze) – można wyróżnić jeszcze jedno: masową imigrację na Stary Kontynent. W 2018 r. fala imigracyjna do Europy zmniejszyła się, ale wciąż była bardzo pokaźna. Unia Europejska i jej najważniejsze kraje skupiły się głównie na zablokowaniu najazdu uchodźców, co przełożyło się na jego ograniczenie oraz zmniejszenie liczby pozytywnie rozpatrywanych wniosków o azyl (spektakularny przykład Niemiec, ale także Austrii, a od połowy roku również Italii). Zmieniły się też już od pierwszych miesięcy ubiegłego roku zasadnicze destynacje imigracyjne do Europy: nastąpiło przesunięcie fali imigracyjnej w kierunku Europy Południowej, a zwłaszcza Hiszpanii i Grecji. Nowy socjalistyczny rząd w Madrycie jest znacznie bardziej otwarty na przyjmowanie uchodźców niż poprzedni, centroprawicowy Partido Popular, odwołany w trakcie trwania kadencji Kortezów (izby niższej hiszpańskiego parlamentu). Niezależnie od od tego, że liczba uchodźców się zmniejszyła, wciąż jest jednak znacząca i permanentnie wpływa na strukturę społeczno-religijno-kulturową poszczególnych krajów UE, zwłaszcza państw „Piętnastki”, czyli starej Unii, która będzie płacić znaczącą cenę za błędy polityki imigracyjnej ostatnich co najmniej dwóch dekad, a zwłaszcza ostatnich lat.

Trzy wiktorie, czyli: a jednak Trump

Gdy chodzi o „czystą” politykę międzynarodową, warto zwrócić uwagę na dwa wydarzenia polityczno-ekonomiczne o charakterze globalnym, z których jedno dotyczy pośrednio, ale wyraźnie Polski. Chodzi o dwa porozumienia zawarte przez prezydenta Trumpa z Chinami oraz z Unią Europejską. Kończą one – w wypadku Pekinu zapewne czasowo – ostre konflikty gospodarcze, mające jednocześnie w obu przypadkach istotny aspekt polityczny. Do złagodzenia na linii USA–ChRL doszło z inicjatywy strony chińskiej, co przewidywałem zresztą na łamach „Gazety Polskiej Codziennie”, słusznie zakładając, że na dziś ekonomiczna konfrontacja obu mocarstw nie służyłaby przede wszystkim chińskim komunistom. Prawdopodobnie Pekin za dekadę, może dwie zmieni w tej zasadniczej kwestii zdanie, bo w międzyczasie Państwo Środka urośnie jeszcze w siłę. Ale teraz Biały Dom w jakiejś mierze słusznie mógł odtrąbić sukces.

Co do porozumienia euroatlantyckiego latem zeszłego roku, to również odbyło się ono z inicjatywy nie Ameryki, ale jej oponenta, czyli UE. Pragmatyzmem wykazała się tutaj kanclerz Angela Merkel, która wymusiła na przewodniczącym Komisji Europejskiej Jean-Claude Junckerze praktycznie kapitulację. Ta „biała flaga” wywieszona przez Brukselę z inicjatywy Berlina niebywale kontrastowała z buńczucznymi, ba, wręcz zimnowojennymi wypowiedziami liderów Unii i wielu polityków z największych państw UE-28 wobec Stanów Zjednoczonych oraz Donalda Trumpa osobiście. Na szczęście wygrał realizm.

Ci sami politycy europejscy (np. niemieccy), którzy wcześniej usiłowali „resocjalizować” Trumpa i obnażyć jego „złą” politykę, po zawarciu jednostronnego w praktyce porozumienia Waszyngton-Bruksela zaczęli naiwnie perorować, że jest ono wstępem do zapowiadanej wcześniej TTIP czy umowy o wolnym handlu między USA a krajami UE. To polityczna fatamorgana, bo 45. prezydent USA konsekwentnie chce się wycofywać z międzynarodowych porozumień gospodarczych (także ekologicznych), a nie je zawierać. W tym także dotrzymuje słowa danego w kampanii wyborczej, co zresztą obok świetnych wyników amerykańskiej gospodarki jest jedną z głównych przyczyn bardzo wysokiego poparcia dla niego. Pozwala to realnie myśleć o reelekcji Trumpa – a wybory prezydenckie w Stanach odbędą się już za niespełna dwa lata! Skoro mówimy już o wyborczych deklaracjach lokatora Białego Domu, to jedna z najistotniejszych niespełnionych dotąd dotyczy zniesienia wiz dla Polaków. 

Ameryka ogłosiła w tym roku jeszcze jeden sukces w polityce zagranicznej. Chodzi o spacyfikowanie, w jej opinii – komunistycznej Korei Północnej. Pomijając, jaka będzie trwałość dealu Korei Południowej z Północną pod politycznym parasolem Waszyngtonu (już raz taki układ zawarto i obie strony go nie przestrzegały), a także to, na ile realne i wykonywalne były obietnice Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej, jedno jest pewne: groźba konfliktu zbrojnego na Półwyspie Koreańskim została zażegnana. W ten sposób zresztą zmniejszyły się możliwości wybuchu wojny w Azji (na Morzu Południowochińskim), co teoretycznie mogło grozić globalizacją konfliktu regionalnego. Ośmielę się zauważyć, że również na łamach „Gazety Polskiej Codziennie” przewidywałem przed rokiem, że jednak do wojny w Azji – mogącej ponoć być początkiem III wojny światowej – w roku 2018 nie dojdzie.

Bliska zagranica, czyli rosyjska eskalacja

Za naszą wschodnią granicą nastąpiła eskalacja agresji Rosji na Ukrainę. Federacja Rosyjska uczyniła w praktyce z Morza Azowskiego swój wewnętrzny basen. Jednak – o czym pisałem na łamach „Codziennej” – nie wydaje się, aby był to wstęp do wypowiedzenia formalnej wojny Kijowowi i okupacji zachodniego sąsiada Rosji będącego jednocześnie wschodnim sąsiadem Polski. Moskwie chodzi raczej o odcięcie dwóch portów ukraińskich, które były morską trampoliną eksportu z tego kraju, a więc gra na dalsze pogorszenie się sytuacji gospodarczej, a przez to wpłynięcie na wyniki wyborów prezydenckich, które odbędą się już wiosną tego roku. Stąd też w pierwszym kwartale tego roku można się spodziewać dalszej wojny hybrydowej Kremla przeciwko Republice Ukrainy.

Polska musi nie tylko szczególnie przyglądać się sytuacji dotyczącej przecież obu (sic!) naszych wschodnich sąsiadów, ale też wpływać na organizacje międzynarodowe, w których uczestniczymy (UE, NATO, ONZ), na ich stanowisko w tej sprawie. Nasz mandat jako jedynego członka Unii i Paktu Północnoatlantyckiego, który graniczy i z Rosją, i z Ukrainą − jest tu szczególny.

Europa podziałów i polskie interesy

W Unii Europejskiej pogłębiła się swoista atomizacja. Dziś wizytówką struktury, która w 2018 r. po raz ostatni była U-28, a w tym roku będzie U-27, są podziały. Z jednej strony jest to spektakularnie nawarstwiający się konflikt między Europą Zachodnią a Wschodnią, gdzie na „ławie oskarżonych” usiadły już nie tylko Polska i Węgry, ale w 2018 r. także Rumunia, Słowacja i Czechy. Swoistymi prokuratorami i sędziami są najbogatsze lub największe kraje „Piętnastki”. Jednocześnie pogłębia się – zwłaszcza w strefie euro – różnica interesów między Europą Zachodnią i Północną a Europą Południową. Próbą złagodzenia tego konfliktu ze strony bogatych beneficjentów eurolandu jest projekt budżetu Unii Europejskiej na lata 2020–2027, w którym Komisja Europejska proponuje przesuniecie środków z naszego regionu Europy właśnie do Europy Południowej.

Wydaje się, że miniony rok był w wielu obszarach polityki międzynarodowej – tej globalnej, tej europejskiej i tej regionalnej – preludium do tego, co może nas czekać w roku 2019. Na pewno będzie to kolejny rok twardej walki o polskie interesy.