- To było moje pismo. Pamiętam ten podpis. Biorę odpowiedzialność za to pismo na siebie. Może wyszło jakieś jeszcze. Nie przekazaliśmy żadnych gróźb. Przekazaliśmy tylko informację, że strona rosyjska zaprotestowała wobec tego plakatu

– mówił wiceminister, będąc pewnym swojego podpisu na dokumencie. Innego zdania była jednak red. Gójska. Powołując się na tajemnicę dziennikarską, wskazała, że na piśmie takowy się nie pojawił. 

Co więcej: red. Gójska ujawniła, że MSZ w piśmie do TVP stwierdza, że to, co zrobiono w programie "Minęła 20", stanowi... czyn karalny. Na co oburzony Cichocki zareagował, pytając: "Będzie Pani przepraszać za kłamstwa?!".

Wobec tego Katarzyna Gójska ogłosiła w trakcie trwania programu:

– Zwracam się do widzów Telewizji Republika, aby Ministerstwo Spraw Zagranicznych opublikowało pismo, które wystosowało do Telewizji Polskiej. Telewizja Republika za moment zwróci się do MSZ z prośbą o ujawnienie tego pisma

Z taką samą prośbą do MSZ zwrócił się też portal Niezalezna.pl.

A oto najciekawszy fragment rozmowy z wiceministrem Cichockim.

Czy urzędnik skłamał? Niedługo po zakończeniu rozmowy wiceminister Cichocki opublikował na Twitterze omawiane pismo. Tyle że nie jest to oryginał pisma Ministerstwa Spraw Zagranicznych do Telewizji Polskiej - i nie zawiera własnoręcznego podpisu nadawcy! A według informacji portalu Niezalezna.pl na oryginale widnieje podpis zupełnie kogoś innego. 

Po drugie: treść pisma jednoznacznie dowodzi, że wiceminister kłamał, zarzucając nieprawdę red. Gójskiej. Przypomnijmy: powiedziała ona o obecności w dokumencie stwierdzenia "czyn karalny".

Oto fragment pisma MSZ do Telewizji Polskiej:

Ambasada uważa powyższe zdarzenie za znieważanie Federacji Rosyjskiej i jej kierownictwa i zwraca się o udzielenie wyjaśnień w powyższej sprawie, która stanowi czyn karalny zgodnie z art. 136 kodeksu karnego RP, tzn. publiczne znieważenie głowy obcego państwa.

Cichocki zatem skłamał - i prawdą okazało się, że polski MSZ w piśmie do polskich mediów wprost stwierdził, że dziennikarze popełnili czyn karalny, zamieszczając grafikę Wojciecha Korkucia. W dodatku MSZ - zamiast po prostu "przekierować" do TVP notę Rosjan (a najlepiej odpowiedzieć im tak, jak oni nam ws. wraku Tu-154) - wcielił się w rolę posłańca Kremla, gorliwie streścił zarzuty Moskwy, a ambasadę Rosji nazwał po prostu "ambasadą" - jakby chodziło o instytucję państwa polskiego.

W najnowszym numerze tygodnika "Gazeta Polska" (dostępnym od środy 19 grudnia) Katarzyna Gójska pisze:

Rzeczpospolita Polska jest państwem demokratycznym, niepodległym, dumnym i szanującym wolności obywatelskie. Jak zatem instytucje naszego państwa winny zareagować na pyszczenie urzędników kraju karanego przez cywilizowane wspólnoty międzynarodowe sankcjami za łamanie prawa? Prawidłowa odpowiedź jest tylko jedna – grzecznie, lecz stanowczo przekazać przedstawicielom tego postsowieckiego bandyty, że rząd RP nie ingeruje w pracę dziennikarzy, iż mają oni w Polsce pełną swobodę działania i rekomenduje Kremlowi przestrzeganie takich właśnie standardów. Okazuje się jednak, iż wydział wschodni MSZ poczuł się jak listonosz Putina i przekazał cenzorskie oczekiwania Moskwy publicznej telewizji [...] Nawet więcej, uznał za stosowne i zgodne z polską racją stanu przekazanie dziennikarzom także rosyjskich gróźb. I domaga się wyjaśnień – jak pewnie nietrudno się domyślić – by wysłać je na Kreml.