W związku z ogromnym poruszeniem, jakie wywołały doniesienia o rzekomo rozsyłanych przez „Alert RCB” komunikatów, Rządowe Centrum Bezpieczeństwa zabrało głos i w oficjalnym komunikacie zdementowało te informacje. Stwierdzono wprost, że cała sprawa nosi znamiona akcji dezinformacyjnej.

Jak podawał portal InfoSecurity24, od nadawcy podpisanego jako „Alert RCB” miały zostać wysłane na komórki wiadomości tekstowe m.in. treści:

Uwaga! Mężczyźni w wieku 18-65 lat zamieszkali na terenie gminy Dukla zobowiązani są do stawienia się na terenie urzędu gminy w dniu 27.11.2018 o godzinie 10.00 w związku z sytuacją kryzysową na Ukrainie. Proszę oczekiwać dalszych komunikatów".

Informacje o fałszywym alercie Rządowe Centrum Bezpieczeństwa otrzymało od mieszkańców gmin na wschodzie Polski.

Rządowe Centrum Bezpieczeństwa nie wysyłało Alertu RCB, dotyczącego zgłaszania się mężczyzn do urzędów gmin. Sprawą fałszywych SMS-ów zajmuje się już Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Policja

- podało RCB na swojej stronie internetowej.

Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że podobne przypadki stwierdzono również na terenie Ukrainy. Tamtejszy resort obrony poinformował, że za rozsyłaniem tego typu wiadomości do mieszkańców regionów przygranicznych stoi Rosja.
 

Cała akcja nosi znamiona kampanii dezinformacyjnej, wchodzącej w skład rozwiązań znanych z doktryny wojny hybrydowej. Scenariusz do złudzenia przypomina wydarzenia, do których dochodziło tuż przed aneksją Krymu przez Rosję.

-  Rosyjska agresja na Ukrainę połączona z zuchwałą aneksją Krymu udowodniła – w przeciwieństwie do twierdzeń wielu telewizyjnych komentatorów i ekspertów, zapewniających, że czasy wojny dawno odeszły w zapomnienie i jako europejska wspólnota możemy czuć się bezpiecznie –  że obecnie w zasadzie każdy kraj bez wyjątku może zostać zaatakowany w sposób konwencjonalny, przy użyciu wojska na lądzie, morzu i w powietrzu. Był to jednak tylko przedsmak prawdziwego potencjału militarnego rosyjskiej armii. Odpowiedź na pytanie, co się stanie, gdy atak zostanie przeprowadzony w formie połączonego uderzenia sił specjalnych, kampanii informacyjnych i propagandowych oraz cyberataków poznaliśmy zatrważająco szybko. Rosja prowadząc ataki za pomocą różnych metod wprowadziła w życie doktrynę wojny hybrydowej. W jej ramach siły zbrojne są wykorzystywane w celu zwiększenia militarnej przewagi i możliwie najszybszego zajęcia terytorium wroga, przy prowadzonym równocześnie zmasowanym cyberataku, który paraliżuje możliwości obronne przeciwnika. Taki rodzaj działań wojennych bardzo dotkliwie odczuł półwysep krymski. Zaledwie rok po aneksji Krymu przez Rosję, tętniący życiem turystyczny kurort nad Morzem Czarnym zmienił się w odizolowany od świata zakątek

– przypomina dr Piotr Łuczuk, medioznawca i ekspert ds. Cyberbezpieczeństwa z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.

Scenariusz poszczególnych faz wojny hybrydowej opisał on w swojej książce „Cyberwojna. Wojna bez amunicji?” wydanej nakładem wydawnictwa Biały Kruk. Jak się okazuje, w obecnych działaniach strony rosyjskiej można doszukać się wielu analogii do rozwiązań hybrydowych, które mogliśmy obserwować  już w czasach Majdanu, a zwłaszcza aneksji Krymu.

„W początkowej fazie operacji ograniczono się jedynie do wojny informacyjnej i sporadycznych przypadków cyberataków. Kreml wykorzystując potencjał trollingu w internecie i prowadząc zakrojoną na szeroką skalę kampanię propagandową i dezinformacyjną, podsycał antyukraińskie nastroje i inicjował w większości miast na Krymie demonstracje o wyraźnie separatystycznym zabarwieniu. Gdy udało się zebrać pierwszych zwolenników „wspólnej sprawy” i zaszczepić w ich głowach koncepcję „wyzwolenia Krymu” spod Ukraińskiego panowania, rozpoczęła się faza druga uderzenia. Zaczęto formować regularne oddziały rebeliantów, mające usankcjonować zbrojne powstanie o charakterze separatystycznym, odwracając uwagę od jakichkolwiek rosyjskich implikacji. Tymczasem dziennikarskie śledztwo prowadzone w sprawie inwazji na Krym wykazało, że słynne „zielone ludziki”, jak o walczących tam bojownikach mówił ironizując sam Władimir Putin, to w sporej części oficerowie rosyjskiego GRU (wywiad wojskowy), a także sił desantowych Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Z kolei pod pretekstem powrotu Floty Czarnomorskiej z Soczi, na Krymie znalazły się również świetnie wyszkolone brygady Specnazu GRU z Stawropola wspierane przez spadochroniarzy z 31 brygady z Ulianowska. Gdy wszystkie pionki zostały rozstawione na szachownicy, rozpoczęła się kolejna, trzecia faza uderzenia.  Przy użyciu cyberataków, a także konwencjonalnego sabotażu, zakłócano skutecznie kanały łączności pomiędzy władzami w Kijowie, a dowódcami ukraińskiej armii, którzy zostali skierowani na wschód kraju w ramach operacji antyterrorystycznej. Rozpoczęła się regularna wojna, przez media określana jednak mianem „konfliktu zbrojnego” lub „starć”. Słowo wojna w medialnych relacjach padało i nadal pada zaskakująco rzadko”

- czytamy w książce dr. Piotra Łuczuka „Cyberwojna. Wojna bez amunicji?”.