Panie, nie kręć pan tego, mieszkam tu od wielu lat i wiem, że to wcale tak nie było

– usłyszał mój znajomy operator kamery, kiedy dokumentował inscenizację bitwy pod Grunwaldem.

Podobnie jest z filmami o wielkich gwiazdach. Zawsze znajdzie się ktoś, kto powie: „to wcale tak nie było”. Tym bardziej, jak myślę, cenne są wypowiedzi osób najbliższych bohaterowi. „Bohemian Rhapsody” skupia się głównie na postaci Freddiego Mercury’ego. Jeszcze zanim produkcja została ukończona, pojawiły się głosy, że film będzie laurką i wypaczoną wizją księcia rock’n’rolla. Twórcom zarzucano, że nie pokażą jego seksualności, szalonego trybu życia. Tymczasem to wszystko w tej produkcji jest, w dodatku pokazane chyba w najlepszy możliwy sposób. Nie ma tam niepotrzebnego nadmiernego epatowania scenami seksu, wszystko jest świetnie wyważone.

Twórcy filmu nie uciekają przed trudnymi tematami. Pokazują Freddiego jako buntownika, ekstrawaganckiego charyzmatycznego wokalistę, wyjątkowego artystę, wizjonera, miał dobre i złe momenty, który zachwycał świat, a jednocześnie był zagubiony. Mercury jest chyba najbardziej znaną osobą, która zmarła w wyniku AIDS. W historii jest jednak wiele gwiazd, które popełniły samobójstwo. Uwielbiani na co dzień, otoczeni wieńcem fanów, w zaciszu domu przeżywali samotność i tragedię. W „Bohemian Rhapsody” jest właśnie taka scena, kiedy Freddie siedzi w swoim ogromnym apartamencie i zapalając oraz gasząc lampkę, próbuje wywołać z sąsiedniej kamienicy swoją ukochaną przyjaciółkę. Ona nie odpowiada. To chwila ogromnego cierpienia, która pokazuje dramat gwiazdora – potrzebę prawdziwej miłości i akceptacji.

Podobnie, kiedy Mercury sły-szy od przyjaciół: „pozbywasz się nie tego węża” albo „masz cztery miliony dolarów, ku-pisz sobie rodzinę”. Bo w tym filmie, oprócz samej opowieści o legendzie rocka, jest również mocne przesłanie.

„Bohemian Rhapsody” to też (na szczęście!) film o muzyce. Za to twórcom należą się ogromne brawa. Czterooktawowy głos Freddiego i jego niesamowita wrażliwość po prostu urzekają. Wielką przyjemnością jest słuchać zarówno tytułowego utworu, jak i wielu innych hitów Queen. Przemycono też mniej znane piosenki. I choć na pierwszy plan idzie słynny koncert Live Aid, pokazane są też inne występy oraz historia po- wstania niektórych utworów. Melomani powinni być zachwyceni.

Również obsada filmu zasługuje na pochwałę. Rami Malek (laureat Emmy za główną rolę w serialu „Mr. Robot”), który wcielił się we Freddiego, spisał się doskonale. Może w pierwszych scenach widać, że aktorowi przeszkadza dodatkowe uzębienie (jak mówił Mercury, cztery dodatkowe siekacze dane mu przez naturę powiększyły aparat wokalny), ale dalej jest już bardzo dobrze. Zaś Gwilym Lee to po prostu ksero gitarzysty Briana Maya. Zatem, drodzy melomani i kinomani – „The Show Must Go On”, do kina!