Z pozoru najnowsze dzieło Janusza Kondratiuka jest skupione na prostej, miejscami kabaretowej historii dwóch braci będących na co dzień reżyserami. Oto młodszy z nich, Janusz (niezła rola Roberta Więckiewicza, idąca w poprzek ostatnim komediowym angażom tego aktora) w wyniku nieszczęśliwego splotu wypadków i okoliczności zmuszony jest zatroszczyć się o starszego Andrzeja (rewelacyjny Olgierd Łukaszewicz). W tle udzielanej pomocy jest zgrzytająca między braćmi rywalizacja sprzed lat, wzajemna niechęć, moc urazów i ściana nieporozumień, której zburzenie będzie kosztować bohaterów wiele wysiłku. 

Walka o to, by wykrzesać dawno utracone bliskość i czułość w relacji z bratem to jednak tylko część refleksji, jaką proponuje widzom Kondratiuk. Zmagania Janusza i Andrzeja to tak naprawdę wielka historia o cierpieniu, które nie zawsze uszlachetnia i o trudach, jakie ponoszą ci, którzy starają się w trudnych chwilach ulżyć swoim bliskim. "Jak pies z kotem" to duże, głębokie i pełne pokrzepienia dla wszystkich tych, którzy zmagali, zmagają się lub będą zmagać się z chorobą - jeśli nie swoją, to swoich najbliższych. Mamy ich pewnie w rodzinach, wśród przyjaciół - to często herosi codzienności, którzy podając ciężko schorowanej babci, matce lub córce (lub bratu - jak w filmie) łyżkę z ciepłą zupą spełniają wielki chrześcijański obowiązek miłosierdzia, współczucia i niesienia pomocy. 

Dużą zasługą reżysera jest to, że o tak złożonych, trudnych i, jakkolwiek by to patetycznie nie zabrzmiało - ostatecznych sprawach potrafi mówić językiem pogodnym, czasem wręcz żartobliwym. Pozwala to spuścić nieco powietrza z balonu niepokojów, smutków i zniecierpliwienia, który dobrze zna każdy, kto choćby otarł się o codzienność z obłożnie chorymi. To film-pociecha dla każdego z nich: dla chorych, ich opiekunów i tych, którzy współczują, stojąc nieco z boku. Z drugiej strony Kondratiuk umiejętnie nakreślił znamienne zmiany w podejściu kolejnych pokoleń do tematu bólu i opieki nad chorymi. Boleśnie i gorzko widać to w tych scenach, w których widzimy najmłodsze pokolenie; wychowane i niejako zaznajomione ze standardami zaobserwowanymi na Zachodzie Europy, które nie może się nadziwić, że schorowanego stryja nie oddaje się do domu opieki, ale serwuje mu się tę troskę w domu, mimo gigantycznych przeciwności losu. 

Tyle jeśli chodzi o przekaz. A co jeśli chodzi o wrażenia czysto filmowe? Artystyczną ozdobą "Jak pies z kotem" są drugoplanowe role Beaty (Bożena Stachura) i Igi (Aleksandra Konieczna dostała za tę kreację w Gdyni Złote Lwy), które nie tylko dodają relacji dwóch braci sporo wrażliwości i kobiecej perspektywy, ale również - to głównie przypadek Igi - są humorystycznym,  choć okraszonym dozą smutku, sznytem tego filmu. Z kolei wcześniej wspomniana przejmująca postać odgrywana przez Olgierda Łukaszewicza (również uhonorowanego za tę kreację Złotym Lwem) pozwala zapomnieć i machnąć ręką na największe fantasmagorie wygłaszane przez niego w ostatnich wywiadach.



Autorom "Jak pies z kotem" udało się połączyć wiele, wydawać by się mogło, przeciwieństw i form, które nijak do siebie nie pasują. Nie jest to ani moralitet pisany z pozycji cierpiętniczych, nie jest też banalna komedia, która spłaszczyłaby wymiar cierpienia do jakiejś formy absurdu. I dlatego na film Kondratiuka po prostu trzeba wybrać się do kin.