Lokalna ludność, tak dotychczas przychylna i machająca do nas przyjaźnie, nagle stała się milcząca i czuć było niechęć bijącą od przechodniów. Od strony miejskiego ratusza zwanego City Hallem dobiegały od dłuższego czasu, z różnym nasileniem, odgłosy strzałów i wybuchów – to pododdział z 18 batalionu desantowo-szturmowego dowodzony przez por. Radosława Kląskałę bronił zaciekle budynku administracyjnego, którego opanowanie było symbolem przejęcia kontroli nad całym miastem. „Szturmani” Radka zostali zluzowani przez pluton kpt. Grzegorza Kaliciaka, który stoczył w nim kilkudniową bitwę, będącą do dziś symbolem niezłomności i odwagi polskiego żołnierza. W tym czasie ja włóczyłem się z moimi wojakami, patrolując i ubezpieczając strefę wokół Camp Juliet, w którym znajdował się sztab 1 Brygadowej Grupy Bojowej. Identyczne zadanie wykonywał mój serdeczny kolega Grzegorz „Gąsti”, człowiek niesamowicie pogodny i wiecznie uśmiechnięty, będący wręcz symbolem dobrego humoru. Po kilkunastu godzinach spędzonych w pojeździe marki Honker czułem się już lekko otępiały i od północy zacząłem zerkać coraz częściej na zegarek, licząc godziny do świtu, aby móc zjechać do bazy, umyć się i może trochę zdrzemnąć. Zjechałem dużo szybciej, niż mogłem pomarzyć, i w ekspresowym tempie, gdy kilkanaście metrów przed samochodem zobaczyłem rozpędzoną kulę ognia, a następnie usłyszałem huk. Sekundę później nad moją głową rozpoczął jazgotanie karabin maszynowy – to „Kinder”, celowniczy siedzący na obrotowym krześle był najszybszy i otworzył ogień w kierunku zabudowań, z których do nas niecelnie strzelano z granatnika, a później do kanonady dołączyły pozostałe środki ogniowe. Kierowcy natychmiast dodali gazu i szybko opuściliśmy zagrożony rejon. Już w bezpiecznym miejscu stanęliśmy, aby sprawdzić, czy żaden z nas nie jest ranny lub kontuzjowany. Gdy się okazało, że wszyscy jesteśmy cali i zdrowi, a jedynie mocno wystraszeni, spojrzałem na fosforyzującą tarczę zegarka i zanotowałem, że był poniedziałek 5 kwietnia 2004 r., godz. 01.48. Kilka minut później w podobną zasadzkę wjechał „Gąsti”, ale dał napastnikom taką odpowiedź ze wszystkich luf, że tamci przypadli do ziemi i uciekli. Pojechaliśmy do bazy uzupełnić amunicję i dotrwaliśmy w rejonie aż do świtu, a od rana zaczęło się spawanie do pojazdów wszystkiego, co mogło nas osłonić w podobnych wypadkach, i były to najczęściej kilkumilimetrowej grubości stare blachy.

Powrót as-Sadra

Stare blachy już zawsze będą dla mnie symbolem Iraku, którego losy pomimo upływu lat staram się śledzić bardzo uważnie. Mogą sobie Państwo wyobrazić moje zaskoczenie, gdy serwisy informacyjne zaczęły donosić, że wybory parlamentarne, które odbyły się 12 maja br., wygrało ugrupowanie szyickiego duchownego Muktady as-Sadra – tego samego człowieka, którego milicja oblegała karbalski City Hall i wznieciła wielotygodniowe powstanie sięgające aż do przedmieść Bagdadu. Już wtedy, na początku XXI w. opowiadano, że największą siłą Muktady jest pochylenie się nad najbiedniejszymi szyitami. Było to pokłosie rządów Saddama Husajna, którego gabinet w literaturze określany jest jako świecki, ale z rozmów choćby z irackimi oficerami policji wiem, że był on opanowany przez sunnitów – muzułmański odłam religijny stanowiący w Iraku mniejszość. W bardzo dużym uproszczeniu można skonkludować, że szyicka większość była rządzona i często prześladowana przez sunnicką mniejszość. As-Sadr idealnie trafił wówczas w nastroje społeczne. Kraj był rozbity militarnie i gospodarczo po amerykańskim uderzeniu rozpoczętym 20 marca 2003 r. Cywilny gubernator Iraku i gwiazda waszyngtońskiej polityki Paul Bremer zrobił jedno z największych głupstw w swoim życiu – zostawił prawie nienaruszone struktury postsaddamowskiej policji, skorumpowanej instytucji cieszącej się bardzo złą sławą, a rozwiązał armię. Skutek był taki, że po całym kraju zaczęły włóczyć się tabuny sfrustrowanych bezrobotnych mężczyzn, a policjanci, bardzo często zatrudniani z klucza klanowego, dorabiali po nocach, ściągając haracze od sklepikarzy, pogłębiając ubóstwo i rozwarstwienie społeczne.

Cukierki z Bulandy

Rozwarstwienie społeczne było widać w Karbali jak na dłoni. Tuż za miastem znajdowało się wysypisko śmieci, na którym powstało całe osiedle. Widok był niesamowity, gdyż pod nosem bogaczy żyjących w bajecznych willach wegetowali ludzie żywiący się odpadkami. Byłem tam kilkukrotnie z konwojem logistycznym wywożącym resztki z kuchni i do dziś pamiętam małe dziewczynki biegnące za samochodami i żebrzące o pół butelki wody mineralnej czy nadgryzione, wyschnięte jabłko. Moi żołnierze, o których można było powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że byli grzecznymi, posłusznymi i układnymi chłopcami, nigdy nie zdejmowali na wysypisku ciemnych okularów, a ja nawet nie podejrzewałem ich, że chcieli zwyczajnie ukryć szklące się od łez oczy. Z czasem zaczęli wynosić ze stołówki jedzenie, słodycze i napoje, by dokarmiać dzieci żyjące w tym piekle na ziemi. Efekt był taki, że po każdym naszym przyjeździe na miejsce samochody otaczała chmara wrzeszczących dzieciaków, a spadochroniarze z dalekiej Bulandy prowadzili dystrybucję łakoci. Ze względów bezpieczeństwa zakazałem podwładnym prowadzenia takich praktyk, ale kilku z nich spojrzało na mnie wymownym wzrokiem, tak że przez chwilę zastanawiałem się, czy nie widzą za moimi plecami sanitariuszy w białych kitlach, dzierżących w dłoniach gustowne wdzianko zwane kaftanem bezpieczeństwa. Odszedłem niby obrażony, klnąc głośno i teatralnie, a w odpowiedzi dostałem szyderczy rechot kilku uzbrojonych byków, którzy coś wspominali o jakimś idiocie, ale ze względu na słaby słuch nie uchwyciłem meritum sprawy. Był to jedyny raz, kiedy nie wykonano mojego rozkazu i za to jestem tym ludziom do dziś wdzięczny.

Wdzięczny iracki lud wybrał blok Muktady as-Sadra, Sairun, do parlamentu. Po 14 latach od powstania sadystów ma on szansę na demokratyczne przejęcie władzy w państwie. Historia zatoczyła niespodziewane koło, społeczność dokonała już pierwszej, surowej, ale jakże obiektywnej oceny, a ja zastanawiam się intensywnie, czy potrzebni byliśmy wtedy w Karbali i czy koniecznie należało mocować do naszych samochodów stare blachy.

Howgh!