To włamanie wstrząsnęło mieszkańcami Podlasia - w nocy z 28/29 stycznia tego roku ktoś włamał się do kurii biskupiej w Drohiczynie, ukradł pokaźną sumę pieniędzy (około 370 tys. zł) i kilka cennych przedmiotów.

Na nagraniu monitoringu (dość kiepskiej jakości) widać jak mężczyzna chodzi po pokojach kurii, dociera do pomieszczenia, gdzie była przechowywana gotówka. Znajduje nawet klucz do szuflady biurka.

- Doskonale orientował się w rozkładzie pomieszczeń, poruszał się dość pewnie, stąd podejrzenie, że pomagał mu ktoś znający ten teren - przyznają nasi rozmówcy.

Poszukiwaniem bandziora zajęli się policjanci, ale przez wiele miesięcy brakowało przełomu, choć kryminalni wykonali gigantyczną pracę. Przesłuchano dziesiątki osób, analizowano nagrania monitoringu, przeprowadzano rozmaite eksperymenty. I w końcu się udało. Dzięki działaniom operacyjnym trafiono na trop mężczyzny pochodzącego ze Śląska, który w przeszłości dokonywał podobnych przestępstw.

W poniedziałek zatrzymano 38-letniego mieszkańca Rybnika Sebastiana R. Już podczas pierwszych rozmów z policjantami przyznał się do winy.

- Zapytany o pieniądze stwierdził, że je przehulał - przyznaje nadkomisarz Tomasz Krupa, rzecznik podlaskiej policji.

Po przewiezieniu delikwenta na Podlasie sprawą zajęła się Prokuratura Rejonowa w Siemiatyczach. Wydawało się oczywiste, że do sądu trafi wniosek o tymczasowe aresztowanie przestępcy, który nie wyjaśnił dokładnie gdzie są skradzione pieniądze, nie wskazał wspólnika, a na dodatek włamania w Drohiczynie dokonał, gdy był objęty dozorem policyjnych zarządzonym przy innej sprawie.

Dlatego szokiem było, gdy dowiedzieliśmy się, że prokurator wydał postanowienie o zastosowaniu wolnościowych środków zapobiegawczych. Policjanci ścigali go miesiącami, dowody winy są bezsporne, a tu nawet nie złożono wniosku o areszt - denerwują się osoby znające kulisy sprawy.

Najpierw reporter niezalezna.pl skontaktował się z prokuratorem Pawłem Sawoniem, wiceszefem Prokuratury Regionalnej w Białymstoku. Gdy usłyszał o co chodzi, obiecał natychmiastową reakcję.

Później próbowaliśmy porozmawiać z szefową prokuratury w Siemiatyczach. Słuchawkę podniosła, ale odpowiadać na pytania nie chciała.

- Skoro już pan rozmawiał z moimi przełożonymi, to ja nie mam nic do powiedzenia - stwierdziła prokurator Ewa Grykowska.

Niestety, jak ustaliliśmy postanowienie o dozorze zostało już wręczone podejrzanemu. I teraz można je tylko zaskarżyć, ale nie może tego zrobić policja.

- Ręce opadają po takim czymś - mówią nasi rozmówcy.

Co dalej? Przełożeni prokuratorów z Siemiatycz będą wyjaśniać jakie było uzasadnienie tak skandalicznej pobłażliwości dla podejrzanego.

"Opisana przez Pana sytuacja stała się przedmiotem wystąpienia Prokuratora Regionalnego w Białymstoku do Prokuratora Okręgowego w Białymstoku polecającego przeprowadzenie postępowania służbowego celem ustalenia prawidłowości działania Prokuratury Rejonowej w Siemiatyczach w tej sprawie i zasadności odstąpienia od skierowania wniosku o zastosowanie izolacyjnego środka zapobiegawczego i poddania podejrzanego wolnościowym środkom zapobiegawczym" - czytamy w mailu otrzymanym od prokuratora Sawonia.

Na pewno będziemy tej bulwersującej sprawie cały czas się przyglądać.