W swojej nowej powieści powraca Pan do tematyki jednej ze swoich pierwszych powieści z 1988 r. „Agent dołu”, do spraw ostatecznych. Co Pana wciąż pociąga w tych historiach? 

Tematyka stosunków między niebem i ziemią i obecność diabła w tej relacji nurtowała mnie od dzieciństwa  od czasu kiedy w starej encyklopedii Orgelbranda znalazłem listę św. Malachiasza (lista 112 krótkich łacińskich opisów wszystkich mających nadejść papieży  przyp. red.). Wtedy, wg niej było tylko pięciu papieży do końca świata, a teraz, jeżeli iść jej tropem, żyjemy w czasach tego ostatniego. Są dwa powody, dla których po nią sięgam  poza faktem, że tematyka jest frapująca dla mnie osobiście. Po pierwsze mało osób tym się zajmuje a ja chętnie szukam mało znanych terenów. Po drugie to co się ukazuje w tej tematyce jest zazwyczaj głupie i tendencyjnie wredne w stosunku do kościoła. Takie są powieści Dona Browna, który osiągnął gigantyczny sukces, choć, moim zdaniem, jest bardzo złym pisarzem, który nie umie budować fabuły, a jedynie powiela łańcuch historyjek opartych na jednym pomyśle i przewodnikach po zabytkach. Mizerność intelektualna i warsztatowa tego typu powieści motywuje mnie do pisania własnych. 

Książek o tej tematyce pojawia się wiele, choć pisarze traktują zazwyczaj Kościół jak jeden z wielu innych bytów politycznych…

Co skandalicznie upraszcza tę tematykę. Ja tymczasem ten świat traktuję serio. Paweł Lisicki stwierdził, że nawiązuję do takiego przedwojennego postrzegania sacrum  świata, który jest realny, który nie jest jakąś tam konfabulacją intelektualistów. Jest walka dobra i zła w którym uczestniczy szatan, a różaniec i woda święcona realnie działają. Kościół to nie jest jeszcze jedna instytucja biznesowo-polityczna ale instytucja ludzka posiadająca swoją rzeczywistość metafizyczną i chciałem to w tej powieści podkreślić. 

Mnie osobiście urzekli bohaterowie, których dobrał Pan sobie do teamu walczącego z szatanem; suspendowany ksiądz, zakonnica, która utraciła pamięć, były alkoholik, artystka o libertyńskich poglądach… 

To są bohaterowie reprezentatywni dla naszego świata. Wszyscy jesteśmy trochę skomplikowani  nasi pierwsi bohaterowie z „Nowego Testamentu” też tacy byli. Celnicy, rybacy, panny lekkich obyczajów  to nie byli wybitni intelektualiści prowadzący ucywilizowane, bogobojne życie. Z takich ludzi stworzył swoją „pierwszą kadrową” Jezus Chrystus. Do powieści szukałem bohaterów, którzy są pogubieni i muszą najpierw się sami rozpoznać i pokonać samych siebie a potem przystąpić do walki. 

Political-fiction nigdy nie jest zwykłą rozrywką… co Pan chciał ukryć w tym gatunku? 

Moje historie rozciągają się na paru warstwach. Akcja jest tym elementem, który wciąga, a pod nią znajduje się ten element ostateczny i etyczny. Książka ma bawić, ale też zadać pytanie o czasy i czy jest to wyjście możliwe bez siwego Pana z Brodą. Zadaję w niej pytanie, czy nie nadchodzi może koniec Watykanu w tej formie i miejscu? To oczywiście nie oznacza, że nie może go być gdzieś indziej. Jeżeli kolejny papież będzie jeszcze bardziej postępowy od tego który jest, to może się to skończyć schizmą… choć musimy oczywiście pamiętać, że już współcześni Chrystusowi i ewangelistom twierdzili, że królestwo Boże jest za progiem. Pozostaje nam liczyć na Miłosierdzie Boże. Bóg mógłby w każdej chwili unicestwić ten świat, ale ciągle chce dać ludziom szanse.

Nie przegap! Cały wywiad w numerze 31 „Gazety Polskiej” z 1 sierpnia 2018 r.