Pamiętam szampański nastrój mojego ojca, który przerwał wiejskie urlopowanie na dwa dni, by jechać do Łodzi po wypłatę. Gdy wrócił, był cały rozpromieniony, gdyż koledzy z fabrycznego wydziału przekazali mu wszystkie wiadomości o strajkach na Wybrzeżu i opracowaniu 21 postulatów przez Międzyzakładowy Komitet Strajkowy (MKS). Wspominam wspólną kolację przy dużym stole, gdy dziadek i stryjowie słuchali opowieści o tym, co się dzieje w kraju i jak duże są nadzieje na lepsze jutro. Zapamiętałem wątek, w którym ojczulek opowiadał o twardych negocjacjach, jakie Lech Wałęsa prowadził z wicepremierem Tadeuszem Pyką, który składał obietnice bez po-krycia, aby zmarginalizować i podzielić MKS. Sprawa zakończyła się odwołaniem rządowego negocjatora do Warszawy, co ojciec skonkludował zasłyszanym szyderczym powiedzeniem: „Teraz Pyka się wałęsa, a Wałęsa sobie fajkę pyka”. Była to swoista letnia zmiana miejsc.

Pomocna dłoń socjalistów

Letnia zmiana miejsca pobytu zamarzyła się również setkom mieszkańców Czarnego Lądu, którzy próbowali przepłynąć na łodziach Morze Śródziemne, odbijając od libijskiego wybrzeża z zamiarem dotarcia do Półwyspu Apenińskiego. Prawie 650 takich osób zostało przyjętych w pierwszej połowie czerwca br. przez należący do francuskiej organizacji pozarządowej SOS Méditerranée statek „Aquarius”, który chciał następnie przybić do jednego portów w Italii. Takich peregrynacji odbyło się setki, jeśli nie tysiące, od lata 2015 r., czyli od czasu rozpoczęcia wielkiego exodusu na Stary Kontynent ludności z Afryki i Azji. Tym razem sytuacja się zmieniła, bowiem Matteo Salvini, włoski wicepremier i minister spraw wewnętrznych, kategorycznie odmówił zgody na wejście jednostki do portu. Na podobny obrót sprawy nikt nie był przygotowany i powstało zamieszanie, w którym dało się usłyszeć wiele głosów potępiających tę drastyczną decyzję, jednak niewielu było chętnych do udzielenia schronienia ludziom z „Aquariusa”. Sytuację wykorzystał przełożony Salviniego, premier Giuseppe Conte, prosząc o przyjęcie statku Vallettę, lecz rząd Malty, od lat borykający się z problemem napływu imigrantów, kategorycznie odmówił i powstał kolejny pat. Wtedy weszła do akcji kobieta – Margarita Robles. Szefowa hiszpańskiego resortu obrony zarzuciła brukselskim władzom pogwałcenie prawa międzynarodowego poprzez odmowę udzielenia pomocy imigrantom, a jej pryncypał, socjalista Pedro Sánchez, wskazał hiszpańską Walencję jako port, do którego statek może bezpiecznie zawinąć. Nie oglądając się na innych, problem rozwiązali hiszpańscy socjaliści.

A z frontu uciekli

Hiszpańscy socjaliści mają specyficzne sposoby rozwiązywania problemów, co pokazali po zamachach w madryckim metrze, do których doszło 11 marca 2004 r. Wtedy to nasi sojusznicy z Paktu Północnoatlantyckiego wycofali swoją brygadę z Iraku, a decyzję o tym podjął José Luis Rodríguez Zapatero, świeżo upieczony premier wywodzący się z Hiszpańskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej (PSOE). Dlaczego wspominam akurat o tym?

Aby to wyjaśnić, muszę zaprosić Państwa do irackiej Karbali, miasta, w którym wiosną roku 2004 wszyscy siepacze szyickiego duchownego Muktady as-Sadra sprzysięgli się, aby oddzielić głowę od korpusu autorowi niniejszego tekstu. No, może nie wszyscy i nie polowali jedynie na moją głowę, ale ponieważ strach ma wielkie oczy, wówczas wydawało mi się, że jestem ich jedynym celem. Pomimo wielu głosów twierdzących, że w mojej głowie znajduje się jedynie sieczka zmiksowana z trocinami, to zapewniam Czytelników o moim wieloletnim do niej emocjonalnym przywiązaniu i nadmieniam, że robiłem dużo, by została ona na dotychczasowym miejscu. W kwietniu i maju 2004 r., podczas najcięższych walk toczonych zarówno w Karbali, jak i An-Nadżafie, Zapatero wycofał ponad 1,4 tys. żołnierzy z rejonu działań w ciągu zaledwie dwóch tygodni, co butnie w mediach podkreślał szef resortu spraw zagranicznych Miguel Ángel Moratinos. Pomimo że byłem bardzo zajęty dbaniem o całość mojej cielesnej powłoki, nie umknęła mi wieść o ostrzelaniu przez sadrystów konwoju z wycofującymi się do bazy w Ad-Diwaniji żołnierzami hiszpańskimi, co zostało przez wszystkich odebrane jako sprawiedliwość dziejowa za porzucenie sprzymierzeńców na polu walki. Czy można wymagać ode mnie sympatii dla iberyjskich socjalistów, skoro wpędzili mnie w takie kłopoty?

W kłopoty wpędzili także Angelę Merkel, a właściwie to kanclerz Niemiec zgotowała sobie obecne kłopoty na własne życzenie, zapraszając do Europy muzułmanów, z czego ci skwapliwie korzystają już od dłuższego czasu. Od kilku lat do Niemiec przybywają wyznawcy proroka skuszeni wysokimi świadczeniami socjalnymi i obietnicami rajskiego życia na teutońskim garnuszku. Gdy Frau Bundeskanzlerin pojęła, że sytuacja wymyka się spod kontroli, przypomniała sobie nagle o europejskich wartościach i solidarności oraz zapragnęła hojnie podzielić się kohortami czarnych mężczyzn z innymi krajami. Późnym latem roku 2015 rząd premier Ewy Kopacz zadeklarował przy-jęcie niewielkiej liczby imigrantów, czemu gwałtownie sprzeciwił się w swoim sejmowym przemówieniu Jarosław Kaczyński. Lider opozycyjnego PiS podkreślił wówczas wielokrotnie, że to Niemcy są odpowiedzialni za niekontrolowany napływ ludności do Unii Europejskiej i rozwiązanie problemu leży wyłącznie w gestii naszych zachodnich sąsiadów. Posłowie PO zatrzęśli się z oburzenia nad bezdusznością Kaczyńskiego i obiecali przyjęcie imigrantów. Jesienne wybory parlamentarne 2015 r. zmieniły polską scenę polityczną, a Zjednoczona Prawica doszła do władzy między innymi dzięki obietnicy odmowy przyjmowania uchodźców i zapewnieniom udzielania im ewentualnego wsparcia poza granicami Polski. Rozpoczęły się naciski na nasz kraj płynące z Brukseli oraz Berlina, jednak stanowisko gabinetów zarówno Beaty Szydło, jak i Mateusza Morawieckiego pozostało niezmienne. Kanclerz Merkel przyparto do muru.

Co zrobi kanclerz?

Do muru przyparł panią Angelę także jej koalicjant, szef bawarskich chadeków z CSU, Horst Seehofer, grożąc wyjściem z koalicji, jeśli do końca lipca nie ograniczy liczby imigrantów napływających do Niemiec. Sprawa okazała się na tyle poważna, że Merkel poprosiła przewodniczącego Komisji Europejskiej Jeana-Claude’a Junckera o zwołanie miniszczytu krajów członkowskich, na którym miano wypracować nowy sposób realokacji ludności napływowej. Spotkanie odbyło się 24 czerwca br. i zostało zbojkotowane przez Grupę Wyszehradzką. Liberalna Europa zakipiała z oburzenia, jednak szybko się okazało, że to Niemcy mają interes do ubicia. 25 czerwca przybył do Polski szef niemieckiego parlamentu Wolfgang Schäuble i rozmawiał w Natolinie z premierem Morawieckim. Zaodrzańska prasa podkreśliła, że panowie znają się od lat, darzą sympatią i doskonale rozumieją jako finansiści, lecz opisała rozmowy jako twarde. Wizyta partyjnego kompana Merkel nie była przypadkowa i miała na celu złagodzenie naszego stanowiska przed oficjalnym szczytem wspólnoty, który odbył się 28 czerwca. Na nim podjęto decyzję o budowie ośrodków dla uchodźców poza terenem Unii i odstąpieniu od pomysłu przymusowej relokacji. Teraz ruch jest po stronie pani kanclerz i musi ona zrobić wiele dla ratowania stołka, a ja oceniam, że w stosunkach polsko-niemieckich nastąpiła letnia zmiana miejsc.

Howgh!

Autor jest emerytowanym oficerem wojsk powietrznodesantowych. Samotnik. Nałogowy kawosz i czytacz politycznych newsów. Imię i nazwisko do wiadomości redakcji.