Ale Verhofstadt nie był oryginalny. „Projekt Putinowski to specyficzny populizm nowej generacji, to pełzający zamach stanu” – powiedział w 2015 r. Adam Michnik, odbierając w Paryżu nagrodę „za zasługi dla umacniania współpracy Polski, Niemiec i Francji”. „Ale ten putinizm, ten populizm Putinowski jest zaraźliwy” – kontynuował naczelny lewicowego dziennika. I wymieniał: Węgry Orbána, Czechy Zemana, Słowację Fico, w końcu Polskę Kaczyńskiego. W 2015 r. redakcja z Czerskiej musiała być nieźle przestraszona oczekiwanym zwycięstwem PiS. Ale myli się ten, kto ów Michnikowy „pełzający zamach stanu” odnosi wyłącznie do teraźniejszości i przyszłości. Przecież „Wyborcza” wielokrotnie płakała nad tym, jak to kiełkująca po 1944 r. „ludowa” demokracja była narażona na ataki wrogów – wtedy spod znaku AK, a szczególnie NSZ. To przez tych „bandytów” (określenie m.in. red. Blumsztajna) wybuchła wojna domowa, która pochłonęła tyle niewinnych istnień utrwalaczy, milicjantów i ubeków. Zagrożone było życie Michników (Stefanów), Baumanów (Zygmuntów) czy Kiszczaków (Czesławów). Choć potem „GW” przeszła na pozycje bardziej odwilżowe: przyznała część racji polskiej bandyterce. Ale tylko tej wybranej, skłonnej do historycznego kompromisu z oświeconą komuną. Oj, musi się dziś michnikowszczyzna denerwować atrakcyjnością tych „bandytów”, których państwo polskie (w postaci narodowego święta Wyklętych) traktuje jednoznacznie jako bohaterów. Nie mniejszą traumę powoduje zapewne fakt, że dzieje się to także za sprawą wrażej partii Kaczyńskiego. Ale dzięki temu wszystko jest jasne: dzisiejsi bandyci popierają bandytów dawnych.