- „Solidarność Walcząca” na kobietach stała. Jest to mocno niedoceniany fakt historyczny. Zawsze jak się mówi o działaczach to się używa rodzaju męskiego. To prawda, że te ciężkie zadania wykonywali mężczyźni, ale to całe otoczenie zapewniały nam kobiety.  [...] My przychodziliśmy na gotowe. Trzeba było przygotować mieszkania, trzeba było zorganizować wyżywienie, całą sieć łączności, nasłuchy, zabezpieczenie, druk, kolportaż… Wydaje mi się, że dziewczyny były odważniejsze w tamtym czasie.  Kiedy powstała „Solidarność Walcząca” siedziałem jeszcze w czeskim więzieniu. O „Solidarności Walczącej” dowiedziałem się dopiero latem/jesienią 1983 roku. Wróciłem na wybrzeże i zaangażowałem się w działalność podziemnych struktur Solidarności - to było moje naturalne środowisko. O „Solidarności Walczącej” dowiedziałem się od Ewy Kubasiewicz. - wspomina Andrzej Kołodziej, jeden z liderów „Solidarności Walczącej”, który  w listopadzie 1987, po aresztowaniu Kornela Morawieckiego, objął funkcję przewodniczącego.

 
Z kolei reżyser Maria Dłużewska, opozycjonistka z „Solidarności Walczącej”  wspomina okoliczności, w których dołączyła do organizacji i w obecności Kornela Morawieckiego składała przysięgę.

 – Trafiłam do „Solidarności Walczącej „po zabójstwie księża Jerzego. Trafiłam do Wrocławia. Wrocław rozumiał, że aktorzy są potrzebni ludziom do czegoś (ja byłam wtedy aktorką). Dla mnie, po całym czasie komuny, w której się urodziłam, był wielki oddech… Nagle zrozumiałam, że to moje życie może coś jest warte.  [...] Wtedy dotknęłam tego. Wrocław był fantastycznym inteligenckim miastem. Widownia wymuszała poziom. Mam niezapomnianą historię ze spektaklem „Degrengolada”. Za ten spektakl wsadzili nas do więzienia z całą widownią — ponad 100 osobową. Weszli i wszystkich zgarnęli.  [...] Opieka, ciepło i zapotrzebowanie na nas we Wrocławiu było tak ujmujące, tak wyraźne… Większość organizatorów to byli ludzie z „Solidarności Walczącej”. Stąd, sam szef, czyli Kornel Morawiecki zażądał mojej wizyty. Dowieźli mnie do Wrocławia i tam zagrałam swój spektakl o straszliwych losach łódzkiej włókniarki w czasie stanu wojennego. Widzów było sześciu czy siedmiu, na stole leżał skaner.  Kornel zapytał się potem czy chciałabym złożyć przysięgę. To było dla mnie kolosalne przeżycie. Postanowiłam, że trzeba to zrobić i iść śmiało przez życie. Zrobiłam im parę audycji do radia – wspomina Maria Dłużewska.

Cytaty za telewizjarepublika.pl