Dziennikarz zauważa, że przeniesienie ambasady USA do Jerozolimy nie jest wbrew pozorom niespodziewanym ruchem.

Już w 1995 r. kongres USA uznał oficjalnie Jerozolimę za stolicę Państwa Żydowskiego i wezwał Departament Stanu do przeniesienia ambasady przed 31 maja 1999 r. Prezydent Bill Clinton wydał wtedy rozkaz nakazujący wstrzymanie się z realizacją postanowienia Kongresu przez pół roku z powodu „obawy o bezpieczeństwo narodowe”. I wszyscy kolejni prezydenci, łącznie z Donaldem Trumpem, co pół roku podpisywali kolejne takie rozkazy

- przypomina.

Dlaczego Trump zdecydował się jednak na ten ruch?

Z wielu względów. Po pierwsze, stara się odbudować świetne stosunki pomiędzy USA i Izraelem, naruszone za czasów Baracka Obamy. Po drugie, liczy na pozyskanie elektoratu żydowskiego. W USA ma miejsce paradoksalna sytuacja, w której to Republikanie są partią bardziej pro-izraelską czy też szerzej pro-żydowską, podczas gdy większość Żydów głosuje na Demokratów. Jesienią odbędą się bardzo ważne wybory do Kongresu i wszystko wskazuje, że walka będzie zacięta – dodatkowe głosy dla Republikanów mogą więc być na wagę złota. Przeniesienie ambasady do Jerozolimy na pewno zostanie docenione też przez Komitet Amerykańsko-Izraelskich Spraw Publicznych (AIPAC) – potężną organizację pozarządową lobbującą na rzecz Izraela. AIPAC liczy ponad 100 tys. członków i ma bardzo bogatych sponsorów – jego pomoc w wyborach będzie nieoceniona dla republikańskich kandydatów

- mówi Młynarz.

Według amerykanisty przeniesienie ambasady potwierdza też opinię, jaką próbuje wyrobić o sobie Trump. Przeniesienie ambasady do Jerozolimy jest bardzo kontrowersyjnym ruchem, gdyż jest to nadal terytorium sporne. Poprzedni prezydenci wstrzymywali się z tym, gdyż bali się międzynarodowego skandalu. Trump pokazał tym ruchem, że jest silnym człowiekiem, który nie boi się konfrontacji z resztą świata – co zapewne docenią jego wyborcy.

Najważniejsze jest oczywiście pytanie o to, jak decyzja Trumpa odbije się na samych Stanach. Już teraz widać, że wiele państw popiera dotychczasowe rozwiązanie – zorganizowaną przez MSZ Izraela ceremonię otwarcia zbojkotowało 54 z 86 ambasadorów, w tym wszystkie państwa UE poza Austrią, Węgrami, Rumunią i Republiką Czeską. Na pewno więc stosunki pomiędzy USA i UE, i tak już trudne, ulegną dalszemu ochłodzeniu. Jednak UE, a szczególnie Niemcy, są tak silnie powiązane interesami z USA, że raczej nie dojdzie do otwartego konfliktu dyplomatycznego

- uważa dziennikarz.

Jak podkreśla Młynarz, znacznie poważniejsza jest sytuacja z Turcją. Recep Tayyip Erdoğan nie jest fanem Trumpa i nadal ma żal o to, że USA nie chcą dokonać ekstradycji Fethullaha Gulena, którego oskarża o organizację ostatniego zamachu stanu. Przeniesienie ambasady do Jerozolimy i masakra palestyńskich protestujących na granicy ze Strefą Gazy jeszcze bardziej ochłodziły stosunki pomiędzy oboma państwami, a Turcja odwołała nawet swojego ambasadora z USA – na razie tylko na konsultacje z rządem, ale dali tym jasny przekaz.

Turcja ma potężną armię, a dzięki swojemu położeniu geograficznemu trzyma w szachu Rosję. Jednak jeżeli stosunki z USA się ochłodzą, to Turcja stanie się dla Rosji mniej groźna, co może zachęcić Putina do bardziej otwartego konfliktu na Ukrainie – i, być może, otwarcia kolejnych frontów. Sytuacja jest o tyle poważniejsza, że zbliżanie się Turcji do Rosji już teraz ma miejsce. Na początku kwietnia Putin przebywał z wizytą w Ankarze i widać było, że oba państwa chcą zacząć bliższą współpracę, między innymi w kwestii zbrojeń. USA będą musiały znaleźć jakiś sposób, aby udobruchać Erdoğana

- uprzedza Młynarz.

Trumpowi zależy na tym, aby proces pokojowy pomiędzy Izraelem i Palestyną, który w obecnej chwili jest na dobrą sprawę martwy, ponownie ruszył. Może się wydawać, że przeniesienie ambasady i wywołana tym ruchem zrozumiała wściekłość Palestyńczyków jeszcze bardziej go utrudni. Ale musimy pamiętać, że nie wiemy, co ustalono za kulisami. Na początku miesiąca izraelskie media donosiły, że Biały Dom miał zaproponować Izraelowi oddanie czterech dzielnic Jerozolimy Palestyńczykom, które następnie miałyby się stać ich stolicą, oraz objęcie spornego Starego Miasta międzynarodowym nadzorem. Ceną za takie rozwiązanie miało być poparcie USA dla Izraela w kwestii sposobu rozwiązania problemu irańskiego, ale równie dobrze przeniesienie ambasady mogło być dodatkową zachętą. Jeżeli Izraelczycy zgodzą się na podział Jerozolimy, to nie tylko zniknie w dużej części powód, dla którego inne państwa utrzymują swoje ambasady w Tel Avivie, ale także proces pokojowy wreszcie ruszy na przód – co da Trumpowi ogromny kapitał polityczny

- wyjaśnia ruchy prezydenta USA amerykanista.