W jednym rzędzie z Dziećmi Kukurydzy

W roku 1984 amerykańscy kinomani mieli w czym wybierać. Na ekrany weszły takie hity jak "Gliniarz z Beverly Hills", "Pogromcy Duchów", "Indiana Jones i Świątynia Zagłady", "Gremliny", "Karate Kid", "Star Trek III", "Akademia Policyjna" czy "Footlose". Na wielbicieli horrorów czekały zaś "Dzieci Kukurydzy" i "Piątek Trzynastego", część IV. „Amadeusz” na tle tych propozycji mocno się wyróżniał. Kostiumowy, zrealizowany z wielką dbałością o szczegóły, kręcony w Pradze film Formana zaspokajał tęsknotę za wielkim kinem oferując rozrywkę na fantastycznym poziomie, ale bez poczucia wyższości nad popkulturowym duchem czasów . Nie, on z niego czerpał  garściami. Główny bohater w niczym nie przypominał dotychczasowych filmowych Mozartów, ugłaskanych panów w średnim wieku o nienagannych manierach i ściśle przylegających do czaszek perukach. Ten Mozart nie miał w sobie ani teatralnej melancholii bohatera filmów Karla Harlta  „Wen die Gӧter lieben” (1942) ani aparycji przykładnego dworzanina z „Reich mir die Hand, mein Leben” (1955), który nawet w scenach flirtu ze śpiewaczką Annie Gottlieb zachowuje się jak speszony belfer (bogato udokumentowana historia licznych romansów genialnego salzburczyka przeczy tak wyidealizowanemu obrazowi).

Jedyny Mozart, który mógłby dotrzymać kroku temu formanowskiemu to ten z czesko-niemieckiej produkcji „Zapomnijcie o Mozarcie” (1985),gdzie  główny bohater grany przez niemieckiego aktora Maksa Tidofa nie tylko zrywa z konwencją lukrowanego Wunderkinda, ale i łudząco przypomina Mozarta z portretu Barbary Kraft. O wiele bardziej niż wcielający się w postać kompozytora w Amadeuszu, Tom Hulce. Nie o podobieństwo fizyczne jednak Formanowi chodziło, chciał Mozarta przekraczającego kolejne granice – tym razem czasu i jego ducha. Hulce spełniał te kryteria, miał w sobie to coś, co pozwalało dostrzec w XVIII-wiecznym muzyku rozkapryszonego dzieciaka ery MTV.

Jak Al Pacino nie został Salierim

Zanim Forman zdecydował się na obsadzenie głównej roli przesłuchał 50. aktorów. Brytyjczyk Kenneth  Branagh był prawie pewny, że to jemu będzie dane wcielić się w Mozarta, ale odpadł z castingu po tym jak reżyser zadecydował, że Mozart ma mówić z amerykańskim akcentem. Po latach Branagh w pewnym sensie zrekompensował sobie utratę tamtej roli reżyserując dramat muzyczny „Czarodziejski Flet”, ale raczej marna to była pociecha. Co do castingu,  pod uwagę do roli Mozarta  brano też  Mela Gibsona i lidera  Rolling Stonesów, Micka Jaggera. Hulce pokonał  wszystkich. Wybór okazał się trafny. Młody aktor ostro przykładał się do roli, na miesiąc przed rozpoczęciem zdjęć dzień w dzień poświęcał pięć godzin na lekcje fortepianu, Formanowi zależało by jego Mozart i Salieri ( świetna rola F. Murraya Abrahama) perfekcyjnie przygotowali się do swoich ról, Hulce z ogromną determinacją podszedł do tego wyzwania. Nauczyciel  chwalił go, że „zawsze trafia w odpowiednie tony”. Nauka nie poszła na marne, Hulce poradził sobie potem nawet w scenie gry na plecach.

Co do roli Salieriego, starało się o nią nie mniej sław niż o tę Mozarta, m.in. Al. Pacino, Ben Kingsley, Jack Nicholson. Forman zaufał jednak syryjsko-włoskiemu aktorowi F. Murrayowi Abrahamowi, a ten okazał się stworzony do tej roli. Oscar dla najlepszego aktora należał mu się bezapelacyjnie. Do dziś w teatrach austriackich czy niemieckich wystawiających „Amadeusza” aktorzy wcielający się w postać Salieriego zdają się kopiować gesty i mimikę Abrahama, musi im być niezmiernie trudno grać w poczuciu, że najlepsze co można było tą rolą osiągnąć, już dawno osiągnięto. „Klątwa Salieriego”  podobno dotknęła też Simona Ahlborna, aktora, który aktualnie gra włoskiego kapelmistrza na deskach Stadtheater Wilhelmshaven ( premiera miała miejsce 25 kwietnia). Artystom grającym Mozarta jest zdecydowanie łatwiej, nikt przy zdrowych zmysłach nie oczekuje po nich śmiechu a’la Tom Hulce. Zresztą nawet on, już jakiś czas po premierze filmu proszony o wydanie z siebie tego specyficznego dźwięku ze zdumieniem stwierdził, że nie jest w stanie. Rechotu, który wymusił na nim sam Forman sugerując by zrobił przed kamerą „coś ekstremalnego”.  Być może nieznośny śmiech Mozarta na zawsze utknął na taśmach Amadeusza. Śmiech geniusza, o którym mawiano,, że jedną ręką stawiał sobie pomnik, a drugą kopał grób. Jak wielu przed nim i po nim. Ale nigdy chyba z takim wdziękiem.

NIE PRZEGAP: Cały tekst można przeczytać w bieżącym wydaniu miesięcznika "Nowe Państwo".