Warszawski "marsz kobiet", idący pod hasłem #Jesteśmywszędzie, przemaszerował wieczorem od pl. Konstytucji do Ronda Dmowskiego. Na czele - baner "Warszawski Strajk Kobiet", a za nim - pluton "parasolek". Dalej - grupa z tęczowymi flagami, transparentami, gdzie słowami-kluczami - obok słowa "kobieta" -  były "aborcja", "macice", a także "konstytucja" czy "praworządność". 

Co jest już elementem nieodłącznym manifestacji "parasolek", skandowano antyrządowe hasła, bo wiadomo - jak to w totalnej opozycji bywa - każda okazja do tego jest dobra. Bez znaczenia, kiedy, kto, z jakiej okazji - byle uderzyć w rząd. Feministki krzyczały: "Polki walczące, są nas tysiące", "Mateusz, niestety twój rząd obalą kobiety", "Rządzie polski, będzie piekło, nie zadzieraj z Polką wściekłą". 

Na warszawskiej manifestacji - tłumów zdecydowanie nie było:

Ale i tak można przekuć to w sukces...

Na manifestacji pojawiali się co prawda mężczyźni, jednak po opublikowaniu postu Agaty Diduszko, ktoś na Twitterze zapytał o znanego męczennika KOD-u, padłego i cudownie wskrzeszonego Wojciecha Diduszkę, "gwiazdę" puczu z grudnia 2016 r. Padały także pytania o obecność Mateusza Kijowskiego, który w lepszych dla siebie czasach bywał na feministycznych zlotach.

Kulminacyjnym momentem manifestacji było odsłonięcie symbolicznego pomnika "Polki walczącej" przy rondzie Dmowskiego. Nie nastał się on tam jednak zbyt długo, bo uczestniczki uznały, że lepiej będzie z nim pójść pod Sejm. Jak tłumaczyły organizatorki demonstracji, pomnik jest symbolem walki kobiet "o niepodległość, solidarność i siostrzeństwo".

Dzisiejsze marsze "parasolek" podsumowała również policja: