Najpierw warto wyjaśnić, dlaczego ta dymisja jest tak kluczowa, ważniejsza od dymisji Beaty Szydło.

Od akcji lustracyjnej w 1992 r. Antoni Macierewicz stawał się symbolem. Podjął wtedy ryzyko walki z najbardziej niebezpieczną częścią układu sowieckiego, czyli agenturą. Dla patriotycznego elektoratu był to sygnał, że bez względu na okoliczności nie podda się. Nie jest tak, że zyskał tym wielką polityczną siłę. Ugrupowania, w których był liderem, miały długo problem z uzyskaniem dużej liczby głosów. Ponownie symbolem stał się dwanaście lat temu, kiedy doprowadził do likwidacji ostatniej posowieckiej formacji WSI. Było już wiadomo, że dla tych sił na zawsze będzie wrogiem numer jeden, i m.in. to one niszczyły jego wizerunek. Już wtedy przy każdej decyzji wobec Macierewicza trzeba było brać pod uwagę to, że jego pozycja jest skrzyżowaniem zaufania antykomunistycznego elektoratu i nieufności tych, którzy poddali się elitom III RP. Po tragedii smoleńskiej PiS powierzył mu najważniejsze śledztwo, a właściwie najważniejszą sprawę dla patriotycznie nastawionej części społeczeństwa. Sprawę, od której zależało to, czy będziemy mogli spokojnie spojrzeć w lustro.

Macierewicz, podobnie jak Jarosław Kaczyński, spotkali się za to z wściekłym atakiem niemal wszystkich mediów, również wielu prawicowych publicystów. 

Charakterystyczne jest np. to, że znany po prawej stronie działacz medialny, dzień po dymisji Macierewicza, powiedział osłupiałym kolegom, gdzie teraz może mieć sprawę tej tragedii… Biedak sądził, że Kaczyński zmienił zdanie w sprawie Smoleńska. Ale jeżeli nawet prawicowi lokaje, doskonale zorientowani w klimatach salonów, myślą, że po latach udawania mogą wreszcie odetchnąć, to co ma sobie myśleć zwykły wyborca, który włożył wiele wysiłku, by trwać przy prawdzie? Przy zmianach w rządzie nikt go o niczym nie poinformował. Trzeba docenić decyzję ministra Błaszczaka o powierzeniu Macierewiczowi kierownictwa komisji smoleńskiej. To wiele zmienia, ale nadal dymisji nie tłumaczy. Jedyne znane tłumaczenie to konflikt z prezydentem. Tyle nam powiedziano. Tyle więc wiemy i tyle przyjmujemy. Reszta to spekulacje. 

I jeszcze jedno: chodzi o moją postawę. Próbowałem bronić prezydenta po wetach w sprawie ustaw sądowych. Zderzyłem się tu z własnymi czytelnikami i klubami „Gazety Polskiej”. Wsparłem zmianę na stanowisku premiera, choć Beata Szydło jest popularna również wśród naszych czytelników.

Rozumiem, że polityka wymaga kompromisów i nie zawsze jest zerojedynkowa. Nie jestem w stanie, nawet gdybym chciał, wiele zrobić w sprawie tego, jak potraktowano Macierewicza. Media, wbrew wyobrażeniom polityków, nie zmieniają ukształtowanych postaw. Są jedynie źródłem komunikacji.

My podjęliśmy się roli komunikacji pomiędzy pewną, dla nas najbardziej wartościową, częścią społeczeństwa i ich przedstawicielami. Jeżeli władza się na nas obrazi, będzie trudniej komunikować. Jeżeli obrażą się czytelnicy, nie będzie komu.

Ja się na nikogo nie obrażam. Nawet prezydent może mnie próbować przekonać do siebie. Jak na razie to chyba on się obraził. Ma rację. To tylko jeden głos. A do pierwszej tury wyborów sondaże zapewne będzie miał świetne.