Feministki zarzucają lewicowym dziennikarzom hipokryzję. Jak napisały w opublikowanym artykule, jeden z czołowych lewicowych publicystów, który chętnie robi sobie selfie na tzw. czarnych protestach, a nawet przygotowywał kanapki dla uczestniczek demonstracji, "jest znany z licznych przypadków napastowania seksualnego, przekraczania granic, obłapiania, chamskich, słownych zaczepek". 

Na początku artykułu kobiety nie podają konkretnych nazwisk lewicowych dziennikarzy. Jak twierdzą feministki jednemu z mężczyzn zdarzało się w sposób niestosowny dotykać ich oraz pokazywać środkowy palec, gdy któraś z nich odmówiła mu seksu.

Jedna z kobiet szczegółowo opisała wieczór z publicystą, w którym jawnie oskarża go o gwałt. Choć przyznaje, że oboje byli pod wpływem alkoholu, to mimo jej wielokrotnych sprzeciwów mężczyzna miał zmusić ją do współżycia, a na każdą próbę odepchnięcia miał reagować poirytowaniem.

Szefowie w liberalnych gazetach, publicyści brylujący w telewizji. Biorą udział w czarnych protestach, mówią o prawach kobiet – jak więc możemy podejrzewać ich o skłonność do przemocy i mobbing? Pewnie dlatego potrafią pisać do nas w środku nocy: Może pijaństwo i seks? albo "Dobrze wyglądasz, ale postuluje więcej dekoltów'’

- piszą kobiety.

Feministki zaznaczają też, że "ważny redaktor" pozwala sobie na seksistowskie uwagi w ich kierunku i wymuszał "niechciany kontakt fizyczny". 

Dopiero pod koniec artykułu wymieniają nazwiska tych, kto miał zachować się według nich niestosownie.

Jakubie Dymku, Michale Wybieralski. Nie chcemy takich feministów. Nie chcemy takiej lewicy. Nie chcemy też by skończyło się na wskazaniu dwóch winnych. Jest ich więcej i trzeba o tym głośno mówić 

 – dodają na koniec feministki.