Jesteśmy przyzwyczajeni, że najróżniejsze informacje na nasz temat swobodnie krążą w wirtualnym świecie, między podmiotami, o których mało co wiemy. Informacje o sobie zostawiamy w sieci przy najróżniejszych okazjach: gdy odpalamy aplikacje na smartfonach, robimy zakupy w sklepach internetowych, wypełniamy kwestionariusze w bankach i urzędach, wpisujemy w wyszukiwarki hasła i prowadzimy życie towarzysko-dyskusyjne z pomocą portali społecznościowych. Żyjemy w czasach permanentnej rewolucji technologicznej, we wrzącym informacyjnym garze, w którym ugotowano nas metodą na żabę. Nie należy z tego powodu wpadać w antytechnologiczne nastroje, ale warto widzieć, co się dzieje.

Nie abstrakcje, lecz pieniądze

Cathy O’Neil jako matematyk przez lata pokonywała kolejne szczeble naukowej kariery. W połowie lat dwutysięcznych była profesorką w Barnard College, amerykańskiej uczelni, która tworzyła wspólny wydział matematyczny z Uniwersytetem Columbia. Nieco później O’Neil pożegnała uczelnię i poszła pracować jako analityk do D.E. Shaw, jednego z najważniejszych na świecie funduszy hedgingowych, które rozbujały rynek globalnej spekulacji do niesamowitych rozmiarów.  

To był nowy, wspaniały, oparty na kolosalnym ryzyku świat: „operacje, których dokonywaliśmy na liczbach, przekładały się na tryliony dolarów przepływających z jednego konta na drugie. Na początku byłam podekscytowana i zachwycona pracą w tym nowym laboratorium globalnej ekonomii. Lecz na jesieni 2008 r., kiedy pracowałam tam już trochę ponad rok, wszystko się zawaliło”. Otumanione ciągłym wzrostem wskaźników Wall Street doświadczyło katastrofy. Nieco później okazało się, że najwięcej zapłacą jednak zwykli ludzie, a wielkie banki będą mogły liczyć na astronomiczne pieniądze w ramach wsparcia od władz USA i wielu innych państw. Społeczeństwa dwa razy wykroiły sobie mięso z ciała, żeby nakarmić finansjerę: raz jako klienci, drugi jako podatnicy.

O’Neil spostrzegła, że matematyka w służbie bezkarnych spekulantów nie jest już abstrakcją, dziedziną niezależną od ocen etycznych, ale że ma dojmujący wpływ na problemy finansowe i tragedie życiowe setek tysięcy amerykańskich rodzin, na wzrost bezrobocia i erozję niedoinwestowanej infrastruktury publicznej. Arystoteles twierdził, że mały błąd na początku staje się wielkim na końcu. A co się dzieje, gdy „jakiś algorytm przetwarza furę statystyk i generuje informację, która wskazuje na prawdopodobieństwo, że pewna osoba może być złym pracownikiem, ryzykownym kredytobiorcą, terrorystą lub niekompetentnym nauczycielem”? Wtedy źle opracowany model matematyczny zastosowany w życiu społecznym może zniszczyć życie ludzkich mas.

Bunt zrodzony z wiedzy

W 2009 r. O’Neil zrezygnowała ze świetnie płatnej pracy w Shaw i przeniosła się do firmy eksperckiej przygotowującej – wymuszone nowymi amerykańskimi ustawami – analizy ryzyka dla instytucji finansowych. Szybko spostrzegła, że zarówno banki, jak i fundusze hedgingowe podchodzą do tych analiz mocno instrumentalnie. Trauma po 2008 r. okazała się krótkotrwała, znów najważniejszy był zysk, bez oglądania się na koszty społeczne. Państwo z jednej strony uratowało głowy spekulantom i nadal żyło z nimi w najlepszej komitywie, z drugiej domagało się od własnych urzędników, by ich kontrolowali. Ale tego się nie da pogodzić. O’Neil spostrzegła, że nadzór ustawodawcy nie jest zbyt serio: „moja praca sprowadzała się w zasadzie do przybijania pieczątek”.

W 2011 r. rozczarowana do świata finansjery matematyk zaangażowała się w ruch Occupy Wall Street. Do buntu przeciw niegdysiejszym pracodawcom motywował ją nie idealizm, ale nabyta w ciągu paru lat wiedza o świecie programowanym przez modele, które na własny użytek nazwała bronią matematycznej zagłady (beemzety), za sprawą której nieproporcjonalnie nieliczna grupa bogatych i wpływowych zyskuje coraz większą kontrolę nad ekonomią danych, a politykom pozwala podejmować decyzje oparte na rzekomo obiektywnych przesłankach, za którymi stoją liczne mocno subiektywnie dobrane dane. Większość tych modeli, zdaniem badaczki, działa na niekorzyść znacznej części społeczeństw: gra jest ustawiona już na wstępie. Trudno odwołać się od jej wyników, a już niemal niemożliwe jest cofnięcie skutków ich działań.

Jak zarobić na biednych?

O’Neil nie zatrzymuje się jedynie na opisywaniu metod, które wplotły matematykę w świat ryzykownych instrumentów finansowych. Badaczka pokazuje, w jaki sposób konstruowane są i jak działają modele matematyczne i algorytmy, które odpowiadają np. za masowe zwalnianie ze szkół nauczycieli, określanie naszej zdolności kredytowej, budowanie oferty reklamowej, selekcję potencjalnych pracownic i pracowników na rynku pracy oraz wykorzystywanie pracujących ubogich w ramach nieuwzględniających ich realnych życiowych potrzeb programu do wykorzystywania „zasobu ludzkiego”.

Sposób tworzenia niektórych baz danych wykorzystywanych później przy tworzeniu np. oferty reklamowej dla amerykańskich uczelni zarobkowych (można je porównać z polskimi prywatnymi Wyższymi Szkołami Filozofii i Gotowania na Gazie) wiele mówią o tym, jak technologiczne narzędzia można wykorzystywać do żerowania na ludziach słabych. W 2012 r. komisja senacka w USA w specjalnym raporcie nt. uczelni zarobkowych opisała podręcznik rekrutacyjny z Vatterott College. Zalecał on docieranie z ofertą do „matek z dziećmi korzystających z zasiłku. Kobiet w ciąży. Osób świeżo rozwiedzionych. Posiadających niską samoocenę. Wykonujących nisko płatną pracę. Osób, które niedawno doświadczyły śmierci w rodzinie. Osób fizycznie lub psychicznie dręczonych. Świeżo po odsiadce. Narkomanów na odwyku. Osób z pracą bez perspektyw”. Niskiej jakości oferta merytoryczna skierowana do ludzi podatnych na manipulację, ale spory zarobek – niektóre uczelnie zarobkowe w USA wydają rocznie 100 mln dolarów na marketing, by zarobić 600 mln dolarów.

Za technologią stoi człowiek

Dehumanizacja nowoczesności jest faktem – a dystopia, czyli niekorzystny dla większości populacji ustrój społeczno-gospodarczy, powoli przenika państwa, które wciąż nazywają się demokratycznymi. Ale na najgłębszym poziomie problemem nie są technologie cyfrowe, ale ich niesamowity zasięg, zupełnie nieproporcjonalny do wąskich zespołów, które decydują o ich funkcjonowaniu. To ludzka arbitralność, błędy metodologiczne, chciwość, dobre intencje, ale złe zastosowania itp. bardzo trudnych do kontroli czynników powodują kłopoty z beemzetami.

Mówiąc językiem literatury fantastycznej, która tak często trafia w sedno: gdyby powstał dobry, sprawiedliwy, niezawodny i wszechmogący model matematyczny, kontrolujący wszelkie pozostałe modele matematyczne, godzien byłby miana Absolutu świata liczb. Ale to my jesteśmy twórcami „broni matematycznej zagłady” – dlatego również ekonomia danych, systemy finansowe oparte na z pozoru obojętnych etycznie założeniach, mają tak dalekosiężne skutki społeczne.
Ekonomia Big Data, bazująca na dużych, zmiennych i różnorodnych zbiorach danych opanowała i rynek, i instytucje publiczne. W Polsce to również narastający trend.  W swojej pasjonującej książce O’Neil wyjaśnia, dlaczego warto go obserwować.