Tak jest w wypadku Jitki Stokalskiej, znakomitej reżyserki, której operowe i teatralne realizacje przeszły do kanonu polskiej sztuki. Urodziła się w Czechach, jednak szybko trafiła do Polski, gdzie błyskawicznie stanęła obok najwybitniejszych postaci naszych dramatycznych scen. Tak silnie wpisana jest w nasz teatr i operę, że ze zdziwieniem odnotowujemy, iż ta odwzajemniona miłość Jitki Stokalskiej do Polski trwa już pół wieku. Ten fakt specjalnym cyklem operowych spektakli, wręcz minifestiwalem opartym na realizacjach Jitki Stokalskiej, uświetnia Warszawska Opera Kameralna, instytucja, z którą reżyserka związana jest od ponad czterech dekad.

Stokalska miała wielkie szczęście, bo jej artystyczna droga zaraz po ukończeniu pardubickiej Wyższej Szkoły Teatralnej (wydział reżyserii dramatu) szybko przecięła się z drogą Kazimierza Dejmka, w rezultacie udanego stażu stała się jego asystentką. Intensywne prace w czołowych polskich teatrach (m.in. Teatr Stary w Krakowie, Teatr Współczesny we Wrocławiu) oraz nagłe odkrycie, że jako reżyser znakomicie sprawdza się w operze, sprawiły, że w 1973 r. za namową Stefana Sutkowskiego rozpoczęła współpracę z Warszawską Operą Kameralną. Jitka Stokalska okazała się reżyserką potrafiącą subtelnie wyczuć niuanse ludzkiego głosu i śpiewność frazy. Wszystko to przy jednoczesnej łatwości zacierania sztywnych granic między gatunkami zaprocentowało wejściem na wyżyny reżyserii operowej.

Kiedy dzisiaj patrzy się na jej dorobek, szczególnie operowy, zdumiewa wszechstronność. Oprócz dzieł epoki baroku odnajdujemy wzorcowe wystawienia Mozartowskich perełek z „Weselem Figara” na czele, które otworzyło pełen katalog dzieł scenicznych salzburskiego mistrza w repertuarze warszawskich kameralistów. To również porywające spektakle oper włoskich, z fundamentalnymi dziełami Gioacchino Rossiniego i Gaetano Donizettiego. To także opery współczesne, w większości tworzone dla Warszawskiej Opery Kameralnej, stanowiące istotny fragment działalności tej sceny. We wszystkich tych rejonach bardzo różnej muzycznej ekspresji Jitka Stokalska potrafiła znaleźć własny język, odcisnąć piętno indywidualnej wizji. Co istotne, jej sztuka daleka jest od nachalnego eksperymentu, nie uświadczymy szokowania dla samego szokowania. Nie ma w niej tanich gestów, przymilnego puszczania oka do widza, chęci przypodobania się za wszelką cenę. Jest za to merytoryczne zagłębienie w dziele, kontekście, w którym powstało, tym wszystkim, co sprawiło, że przetrwało próbę czasu bądź zasługuje na szczególną uwagę.

Zapewne to sprawiło, że opery jej reżyserii w wykonaniu Warszawskiej Opery Kameralnej podbijały estrady od Japonii na Dalekim Wschodzie po najważniejsze sceny Europy. Znamienny jest fakt, że wyreżyserowany przez Stokalską „Cyrulik sewilski” był dekadę temu jedynym spektaklem nieprowadzonym przez Alberto Zeddę, najwybitniejszego dyrygenta, speca od Rossiniego (zmarł w marcu tego roku) w czasie cyklu wykonań przez zespół La Fenice w czasie festiwalu dzieł Rossiniego w tokijskiej Orchard Hall! To właśnie warszawska inscenizacja Stokalskiej i WOK podbiła japońską publiczność. Ten sam „Cyrulik…” trafił również do symbolicznej jaskini lwa, czyli… Sewilli, gdzie publiczność oklaskiwała go tak samo gorąco jak wszędzie, gdzie dzieło było przez warszawski zespół prezentowane. Czy zatem można mówić o swoistej specjalizacji w wypadku Jitki Stokalskiej? Bezspornie tak.

Najlepiej przekonamy się o tym, uczestnicząc w spektaklach, którymi jubileusz jej artystycznej działalności uświetnia WOK. Tym bardziej że dzieła Gioacchino Rossiniego i Gaetano Donizettiego to nie tylko perły sztuki operowej, ale wręcz przeboje przyciągające każdorazowo nadkomplety widzów.

Więcej w "Gazecie Polskiej Codziennie".