Los śledztwa smoleńskiego został przesądzony w pierwszych godzinach po katastrofie, gdy Rosjanie wkroczyli na teren, gdzie leżały szczątki polskiego samolotu rządowego i zaanektowali czarne skrzynki. Gdyby Ambasada RP w Moskwie wyegzekwowała od Rosji uznanie samolotu i terenu katastrofy za eksterytorialny, polskie służby przejęłyby główne dowody – skrzynki i wrak.

Z informacji „Gazety Polskiej” wynika, że formalny zastępca ówczesnego ambasadora RP w Moskwie Jerzego Bahra, Piotr Marciniak, zeznał w prokuraturze wojskowej, że w pierwszych godzinach po katastrofie zorganizował w ambasadzie sztab kryzysowy. Jednym z pierwszych posunięć tego sztabu było – jak według naszych informatorów stwierdził Marciniak – „zwrócenie się notą dyplomatyczną do władz Rosji o zabezpieczenie miejsca katastrofy”.

O tej niezwykle istotnej nocie nikt z rządu ani prokuratury dotychczas nie wspominał, choć dziś widać ogromną wagę pisma wysłanego przez polskich dyplomatów.

Jak wiadomo, Rosjanie nie zabezpieczyli terenu tragedii. Co więcej, po anemicznej akcji ratunkowej, nie czekając na stronę polską, przejęli kontrolę nad działaniami „śledczymi” i „badawczymi”, zabrali czarne skrzynki (które zidentyfikował na filmie nagranym w 10 minut po katastrofie montażysta TVP Sławomir Wiśniewski), a następnie – już dzień po katastrofie – bez uzgodnienia z władzami RP rozpoczęli cięcie i niszczenie wraku Tu-154 (choć znajdowały się w nim jeszcze szczątki ofiar). Polaków, którzy – jak można przypuszczać – mieli zgodnie z życzeniem polskiej ambasady zabezpieczać z Rosjanami miejsce katastrofy, potraktowano natomiast jak intruzów. Najpierw funkcjonariuszy BOR usunięto z miejsca tragedii i odesłano do identyfikacji ciał, a następnie podobnie odizolowano oficerów ABW i SKW. Tylko przy zwłokach prezydenta Kaczyńskiego pozwolono czuwać oficerom Biura Ochrony Rządu.

– Oficerów polskiego kontrwywiadu i żandarmerii wojskowej, którzy przybyli do Smoleńska ok. godz. 18., m.in. by zabezpieczyć czarne skrzynki i ocalałe nośniki tajnych danych, np. telefon satelitarny prezydenta z tajnymi kodami NATO, rosyjska FSB zamknęła w hangarze, oznajmiając, że „nie mają tu nic do roboty”. A już kilka godzin potem Tusk przytulał się z Putinem – mówi informator „GP”, który był na miejscu 10 kwietnia 2010 r.

29 kwietnia 2010 r. ówczesny sekretarz kolegium ds. służb specjalnych Jacek Cichocki zapewniał w Sejmie, że przy zabezpieczaniu przedmiotów osobistych ofiar katastrofy pod Smoleńskiem obecni byli przedstawiciele żandarmerii wojskowej oraz funkcjonariusze ABW. Polskich służb nie dopuszczono jednak do wykonywania ich obowiązków – wszystkie tajne dane przejęła prawdopodobnie FSB.

Co się stało z notą wysłaną przez polskich dyplomatów po naradzie zorganizowanej przez Piotra Marciniaka? Za wyegzekwowanie postulatów zawartych w nocie odpowiedzialni byli ambasador Jerzy Bahr i minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski.

– Odpowiedzialność spada przede wszystkim na ministra Sikorskiego i on musi wyjaśnić, dlaczego mimo noty ambasadora Marciniaka wyrażono zgodę na złamanie eksterytorialności samolotu i miejsca tragedii. Sikorski miał cały czas kontakt ze stroną rosyjską. Natychmiast po tragedii przekazywał premierowi Kaczyńskiemu rosyjską wersję wydarzeń, obciążając pilotów. Ambasador Marciniak, żądając uszanowania eksterytorialności samolotu, zachował się jak przystało na polskiego dyplomatę. Ktoś jednak zgodził się na złamanie tej zasady i otworzył Rosjanom drogę do przejęcia śledztwa i sfałszowania jego wyników. Czy tym kimś był Sikorski, czy też premier Tusk? Kto to uczynił, winien jest działania na szkodę państwa polskiego. Jest charakterystyczne dla rządu Tuska, że dopiero dzisiaj dowiadujemy się o tak zasadniczym fakcie, jak istnienie noty dyplomatycznej w sprawie eksterytorialności samolotu z prezydentem i delegacją RP. Dotychczas wmawiano nam, że nic takiego nie miało miejsca. Nie przyznawał się do tego ani Tusk, ani Sikorski, przemilczał ten fakt tzw. raport Millera i ukryła tę informację prokuratura. A może to tajemnica państwowa, o której nie powinniśmy wiedzieć? Ile jeszcze kluczowych faktów ukrywa rząd Tuska, bojąc się odpowiedzialności za tragedię smoleńską? – mówi Antoni Macierewicz, poseł PiS, przewodniczący zespołu parlamentarnego ds. katastrofy smoleńskiej.

Doceniony za rosyjską misję

Postawa polskich dyplomatów odpowiedzialnych za organizację wizyty prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego jest jedną z największych zagadek tej katastrofy. Kto w przygotowaniach wizyty i realizacji przygotowanego planu grał „pierwsze skrzypce” – czy były agent Wydziału XIV Departamentu I SB MSW „nielegał” Tomasz Turowski, w trybie nagłym przywrócony z emerytury i skierowany do Moskwy właśnie w celu przygotowania wizyty? Czy też ambasador pełnomocny i tytularny w Moskwie Jerzy Bahr, a może pan Grzegorz Cyganowski i jego współpracownica Justyna G?

– Często MSZ mianuje ambasadora, który pełni oficjalnie rolę reprezentanta kraju, ale do pomocy posyła jednego lub dwóch „laufrów”, jak mówi się w żargonie dyplomatycznym, którzy faktycznie kierują placówką. Decyzje mógł więc podejmować nie Bahr, lecz Turowski. Turowski miał działać w cieniu – mówi „GP” osoba z kręgu MSZ.

Jak było naprawdę, nie wiadomo. Z placówki został odwołany zarówno Turowski (uznany niedawno przez sąd pierwszej instancji za kłamcę lustracyjnego), jak i Bahr. Prezydent Komorowski odwołał ambasadora z funkcji decyzją z 30 listopada 2010 r. – z datą wsteczną, bo w dokumencie jako datę odwołania podano 30 września 2010 r. Od 1 października 2010 r. funkcję ambasadora pełnił Wojciech Zajączkowski. Po odwołaniu z funkcji Bahr został członkiem polsko-rosyjskiej grupy ds. trudnych.

Faktyczna rola Turowskiego w sprawie wizyty 10 kwietnia 2010 r. jest do dziś owiana tajemnicą. Gdy samolot z prezydentem RP i 95 innymi osobami rozbijał się pod Smoleńskiem, Turowski stał na płycie lotniska Siewiernyj. Nie wiadomo, co robił zaraz po tragedii. Sławomir Wiśniewski, montażysta TVP, który przybył na miejsce katastrofy kilka minut po rozbiciu się samolotu, zeznał w prokuraturze: „Gdy funkcjonariusze [FSB – przyp. aut.] próbowali mi wyrwać torbę z kamerą, w grupie rosyjskich funkcjonariuszy był przynajmniej jeden Polak. Ci, co mnie zatrzymali, zapytali się, czy mnie zna. On odpowiedział po polsku: ja nie znam tego człowieka, a następnie po rosyjsku powiedział, żeby mnie aresztować i zniszczyć sprzęt. Ja kojarzę z twarzy tego człowieka, wydaje mi się, że jest to jakiś pracownik ambasady albo konsulatu polskiego. (...) Był to wysoki, szczupły, krótko obcięty szatyn, w długim, beżowym płaszczu. Miał na pewno więcej niż 50 lat”. Czy chodziło o Turowskiego?

MSZ wysoko oceniło pracę Bahra. Za osiągnięcia został on udekorowany 16 listopada 2010 r., z okazji Dnia Służby Zagranicznej, już po faktycznym wypełnieniu misji w Moskwie, jednym z najwyższych odznaczeń: Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. Co spowodowało, że pół roku po tragedii smoleńskiej władze państwa doceniły Bahra?

Z formalnego punktu widzenia 10 kwietnia 2010 r. Bahr był na lotnisku w Smoleńsku najwyższym rangą urzędnikiem RP. Jak już dziś wiadomo, przygotowania do wizyty, jej zabezpieczenie przez MSZ budzą wiele zastrzeżeń.

Warto przypomnieć, że to ambasador Polski w Moskwie odpowiada za to, że w marcu 2010 r. przedstawiciele Kancelarii Prezydenta nie mogli skontrolować stanu lotniska w Smoleńsku. Wizyta przygotowawcza, która miała się odbyć w Katyniu i Moskwie między 3 a 5 marca 2010 r., została w ostatniej chwili odwołana, a zaplanowany na 10 marca wyjazd grupy roboczej do Smoleńska został uznany przez stronę rosyjską za nieaktualny. 19 marca do Moskwy miał udać się minister w Kancelarii Prezydenta Mariusz Handzlik, ale 16 marca ambasador Jerzy Bahr przekazał mu informację, że w związku ze zorganizowaną 17–18 marca wizytą delegacji rządowej z ministrem Tomaszem Arabskim w Moskwie nie jest to możliwe. Przez cały ten czas Kancelaria Prezydenta Kaczyńskiego sygnalizowała wątpliwości dotyczące stanu lotniska w Smoleńsku.

Bahr został też wyróżniony rok wcześniej – 14 listopada 2009 r., także z okazji obchodów Dnia Służby Zagranicznej, odznaką Bene Merito – zaszczytnym honorowym wyróżnieniem nadawanym za działalność wzmacniającą pozycję Polski na arenie międzynarodowej. Odznaczenie to przyznał mu minister Radosław Sikorski.

Jak Bahr pomógł Sasinowi

Zagadkowe jest zachowanie Bahra niedługo po katastrofie. W wywiadzie dla „GP” Jacek Sasin, po katastrofie najwyższy rangą żyjący urzędnik Kancelarii Prezydenta Kaczyńskiego, powiedział: „Stwierdziłem, że nie przydam się już dłużej na miejscu katastrofy i podjąłem decyzję o powrocie do Warszawy. Spytałem ambasadora Jerzego Bahra, jak mógłbym najszybciej wrócić do Polski. Ambasador zaproponował mi powrót samolotem rejsowym przez Moskwę (…). Ktoś podpowiedział mi, że przecież stoi na lotnisku jak, który przyleciał rano z dziennikarzami. (…) Zaczęliśmy oczekiwać na pozwolenie na start. To trwało mniej więcej 3 godziny; w międzyczasie dostałem informację, że nie mogę wyjść z samolotu. Zatelefonowałem do ambasadora Bahra z prośbą o interwencję u władz rosyjskich. W końcu powiedziano mi, że muszę wysiąść i udać się na rozmowę z przedstawicielami władz rosyjskich. Mówiąc szczerze – do tej pory nie wiem, jaka była przyczyna opóźnienia odlotu”. Zapytaliśmy: Może komuś zależało, by nie wrócił Pan do Warszawy za wcześnie? Jacek Sasin odpowiedział: „Dopuszczam już wszystkie scenariusze”.

Zastanawiająca jest też wypowiedź Bahra na antenie „Echa Moskwy” po katastrofie, podczas której stwierdził, że strona polska jest usatysfakcjonowana przebiegiem dochodzenia w sprawie przyczyn katastrofy. „Mogę powiedzieć, że współpraca między rosyjskimi i polskimi specjalistami była realizowana od samego początku” – oświadczył. Podkreślił też wysoką jakość pracy Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego i Ministerstwa Sytuacji Nadzwyczajnych Rosji oraz wyraził nadzieję, że współpraca w zakresie sytuacji nadzwyczajnych „zostanie jeszcze bardziej zacieśniona”.

Całość artykułu w najnowszym wydaniu tygodnika “Gazeta Polska”