Nie daję żadnej wiary temu, co robi gen. Anodina. Ona symbolizuje całą nieprawdę w tym śledztwie. Wszystko, co powiedziała, z góry odrzucam jako kłamstwo, w dodatku źle skonstruowane. Wydaje mi się, że nawet tego nie potrafią robić dobrze – z Jadwigą Kaczyńską rozmawia Anita Gargas.


Czy, Pani zdaniem, blisko rok po katastrofie wiemy wystarczająco wiele o jej przyczynach?

Właściwie nie wiemy nic. Mogę sobie tylko wyobrażać, co nastąpiło, bo wiedzy nie mam żadnej. Wydaje mi się czasem, i ta myśl mnie przeraża, że to nie była zwykła katastrofa. To jest zupełnie osobiste, subiektywne przekonanie. Dowiedziałam się o tej katastrofie późno, ponieważ gdy do niej doszło, byłam chora – od 18 marca leżałam nieprzytomna w szpitalu i dopiero w maju odzyskałam przytomność. Jarek powiedział mi o wszystkim w końcu maja. Ale ja nie w pełni to wówczas zrozumiałam. Leżałam na erce i dookoła następowały rozmaite zdarzenia – ktoś umiera, ktoś ciężko choruje, ciągle był jakiś szum. Dopiero jak przenieśli mnie do separatki, przyśnił mi się potworny sen: napaść na samolot w powietrzu. Opowiedziałam ten sen dwóm pielęgniarkom, z których jedna bardzo się przestraszyła. Pamiętam, że od tego momentu starałam się, by z nikim już nie rozmawiać o katastrofie, by nie wywoływać tego lęku.
Chciałabym, żeby to była zwykła katastrofa. Nie bardzo chce mi się jednak w to wierzyć.

Kontrolę nad śledztwem w sprawie katastrofy szybko przejęła strona rosyjska. Jak Pani ocenia działania rosyjskich śledczych?

Jeżeli chodzi o stronę rosyjską, to mogę powiedzieć, że gdybym była zdrowa, zrobiłabym wszystko, aby żaden z moich synów nie pojechał do Smoleńska. Czy coś bym uzyskała – nie wiem. Ale ja tej ziemi się boję. Jeśli chodzi o Rosjan, to po prostu nie mieści mi się w głowie, że można im wierzyć. Nawet przez sekundę. Tam żyją różni ludzie, ale są okropnie zastraszeni. Byłam kiedyś sześć tygodni w Związku Radzieckim – takiego zastraszenia w życiu nie widziałam. Szczególnie Rosjanie w otoczeniu miedwiediewowsko-putinowskim – oni chyba inaczej nie potrafią myśleć. Boją się.
Nie daję żadnej wiary temu, co robi gen. Anodina. Ona symbolizuje całą nieprawdę w tym śledztwie. Wszystko, co powiedziała, z góry odrzucam jako kłamstwo, w dodatku źle skonstruowane. Wydaje mi się, że nawet tego nie potrafią robić dobrze. Dlaczego wielu w to wierzy – nie wiem. Główne tezy raportu Anodiny są niczym nieudowodnione, często po prostu niedorzeczne.

Dlaczego strona polska pozwoliła na kampanię dezinformacji ze strony Rosjan? Dopuszczono przecież, by ewidentne kłamstwa zaistniały w świadomości nie tylko polskiej opinii publicznej jako wiarygodne informacje.

Z tego właśnie powodu mam wątpliwości, czy w Smoleńsku zdarzył się wypadek. Wydaje mi się, że gdyby to była zwykła katastrofa – przecież możemy to założyć – to reakcja jednak byłaby inna, taka zwykła reakcja, jaka powinna nastąpić w tej sytuacji. Poza tym nie jestem dzieckiem, nie jestem osobą, która nie czyta, nie słucha. To, że synowie chcieli mnie oszczędzać, nie oznacza, że wszyscy tak postępowali i że nie zdawałam sobie sprawy z niechęci do moich synów. To, jak się zachowali pewni panowie... Gdyby to był przypadek, inaczej by się zachowali. Gdyby trochę myśleli, zdawaliby sobie sprawę, że powinni chociaż udawać.

Czy widziała Pani zdjęcia przedstawiające, jak Rosjanie potraktowali szczątki wraku tupolewa?

Widziałam, choć nie mogę na nie patrzeć, podobnie jak na publikowane zdjęcia Leszka, na książki o nim. Zbieramy je z Jarkiem, wkładamy do osobnej szuflady.
Po obejrzeniu zdjęć wraku wszystkim normalnym ludziom musi nasunąć się myśl, że jeżeli coś się tak niszczy, to dlatego, by niczego nie znaleziono, by zostały zatarte wszelkie ślady. Nie rozumiem, jak można tego nie zauważać. No bo po co niszczyć wrak, przecież w normalnej sytuacji zbiera się wszystkie szczątki i się je bada. Tak powinno być, a nie było. Nie wiem dlaczego.

Zgadza się Pani z opinią, że o ile mamy za mało dowodów, by mówić, iż katastrofa smoleńska była wynikiem zamachu na życie prezydenta, o tyle wystarczająco wiele wskazuje, że mamy do czynienia ze spiskiem mającym na celu zatarcie prawdy o przyczynach katastrofy?

Jestem zupełnie pewna, że jest coś w rodzaju porozumienia lub też milczącego współdziałania, by ta prawda nie wyszła na jaw. Załóżmy, że oni nie znają prawdy. To wydaje mi się, że bardzo się boją jej poznania. Albo znają prawdę i też się bardzo boją. Pamiętam wybuch gniewu premiera Tuska z powodu pytania pani Ewy Kochanowskiej, czy musi obawiać się o życie córki – tak zasugerował jej były prezydent Litwy Landsbergis. Nie rozumiem, czemu premier tak się zdenerwował.

Czy rodziny ofiar napotykają utrudnienia jako strona poszkodowana w sprawie smoleńskiej?

To nie są utrudnienia, im się w ogóle nie odpowiada. Organizowane są spotkania z premierem i ministrami. One właściwie nic nie dają. Nie poszłabym na nie, nawet gdybym mogła chodzić. Choć rozumiem na przykład panią Stasiakową, która uczestniczy w tych spotkaniach, ale na nich milczy.

Ktoś powiedział, że postawa wobec katastrofy smoleńskiej jest miernikiem naszego patriotyzmu. Patriotyczny obowiązek pokazania całej prawdy o katastrofie nie został wypełniony.

Wielu zapomniało, że istnieje coś takiego jak patriotyzm, miłość do Ojczyzny, która każe robić rzeczy nawet niebezpieczne, takie, które się nie podobają. Zapomnieli o tym, że można działać z takich pobudek, wyłącznie z takich pobudek. Tak jak na pewno Leszek i Jarek działali. Myślę, że tak byli wychowani, tak byłam wychowana i ja. Od dziecka pamiętam nastrój, dyskusje w domu – ten zginął, tamten zginął. To było normalne. Dlatego już w czasie wojny wiedziałam jedno – żeby od tchórzy trzymać się z daleka.

Staram się odsuwać myśli rodzinne i spojrzeć na katastrofę zwyczajnie. Zginęli ludzie, którzy stali na czele państwa, i państwo się o nich nie upomina. To znaczy, że tego państwa właściwie nie ma, to znaczy nie ma rządu. Bo ten rząd – jaki jest?

Jak Pani ocenia postawę mediów wobec katastrofy?

Większość nie zdała egzaminu. Wyjątkiem jest tu „Gazeta Polska”. Mój syn Jarek powiedział, że „Gazeta Polska” pokazuje, iż można być przyzwoitym i mimo wszystko dać sobie radę. Ale muszę też wspomnieć o „Naszym Dzienniku”, który zaczęłam regularnie czytać, o pięknej postawie Radia Maryja. Są też inne odważne pisma, szczególnie katolickie, np. „Niedziela”. Interesujące i pisane bez bojaźni artykuły ukazywały się też w „Rzeczpospolitej”.

Większości tego, co się pisze i mówi w mediach, nie biorę pod uwagę. Ciągle można wyczytać o gen. Błasiku, o moim synu, że jakoby wydawali jakieś polecenia. Nie bardzo sobie wyobrażam, by Leszek wydawał tego rodzaju rozkazy. Był naprawdę człowiekiem łagodnego serca.

Rozmawiamy w przededniu rocznicy katastrofy...

Boję się tej rocznicy. Nie dość, że żyję w smutku, to jeszcze w lęku. To, co się działo przed Pałacem Prezydenckim, świadczy źle o pewnych ludziach. Boję się powtórzenia takiej sytuacji.

Wszystkie ofiary pozostawiły kogoś, kto po nich płacze. Marta straciła obydwoje rodziców w jednej sekundzie.

Jarek też bardzo cierpi, choć niewiele o tym mówi. Teraz muszę żyć ze względu na Jarka, bo pozostałby bardzo samotny. Muszę przez jakiś czas mu towarzyszyć. Ale pogodziłam się, że nigdy nie zapomnę, nie przestanę boleć. Żadna matka nie zapomni. Leszek był bardzo dobrym synem. Ciągle mi się wydaje, że przyjdzie wraz z Marylką, zawsze pogodną, pełną dobrej myśli. Teraz wiem, że pod koniec nie była najlepszej myśli, choć tego nie zdradzała, podobnie jak Leszek.

Nie można przeżyć nic gorszego niż śmierć dziecka. Wiem, że dla mojego syna śmierć brata, najlepszego przyjaciela, jest czymś niewyobrażalnym. Ale mam nadzieję, że coś go zmusi do życia. Ja nie mam nadziei, nie mam ochoty, byłaby to jakaś zdrada. Muszę żyć z bólem do końca.


Wypowiedzi Jadwigi Kaczyńskiej są częścią filmu śledczego Anity Gargas „10.04.10”, dołączonego na płycie DVD do „Gazety Polskiej” nr 14 (922).