Bardzo kobieca śpiewaczka operowa Alicja Węgorzewska w operze „Faust” Charles’a Gounoda wykonywała partię Siebela, starego, łysego mężczyzny. – To była dość niewdzięczna rola, taka z mocną charakteryzacją. Moja mama, oglądając operę, zapytała: „Kiedy Ala będzie śpiewać?”. A było to już po tym, jak zaśpiewałam swoją partię – opowiada artystka ze śmiechem.

Urodziła się w Szczecinie. Muzyka była w jej życiu obecna od wczesnych lat. – Moja mama chrzestna kupiła pianino swojej córce, a mojej kuzynce. Miałam wówczas cztery lata – wspomina artystka. Opowiada, że od momentu, w którym odkryła instrument, nie chciała bawić się z rówieśnikami. Interesowało ją tylko granie. – Zresztą początkowo trudno było mówić o grze. Po prostu dość bezrefleksyjnie waliłam w klawisze – zaznacza z rozbawieniem.

Nieżyjący już dziadek przyszłej śpiewaczki stwierdził wówczas, że w dziewczynce jest pasja. Zasugerował mamie małej Alicji, aby zapisała ją do ogniska muzycznego.

– I tak się zaczęło. Później była szkoła muzyczna, następnie szczecińskie liceum muzyczne, klasa fortepianu, potem zaś studia wokalno-aktorskie – opowiada Węgorzewska.


Dodaje, że jeśli chodzi o szkołę średnią, to jej rocznik był pierwszym, który ostatecznie miał otrzymać jedno świadectwo, będące zarazem dowodem ukończenia szkoły średniej ogólnokształcącej, jak i średniej szkoły muzycznej.  – Co prawda budynku, w którym miałaby się mieścić taka połączona szkoła, nie było, więc w praktyce chodziliśmy osobno do dwóch placówek. Bardzo nas to fascynowało, zwłaszcza przez pierwsze dwa lata, kiedy byliśmy jednocześnie w siódmej i ósmej klasie podstawówki, a zarazem chodziliśmy na zajęcia do ogólniaka. Czuliśmy się tacy dorośli – tłumaczy.

Obcasy i matematyka

Czasy liceum wspomina bardzo dobrze. Miała zgraną paczkę znajomych, chodzili na wagary, ale i razem się uczyli. Sama Alicja wykazywała talent organizatorski, kilkakrotnie bywała przewodniczącą klasy. Pytam o ulubione przedmioty. – Lubiłam języki. Zarówno ojczysty, polski, jak i rosyjski oraz niemiecki. Natomiast z matematyką i fizyką nie było kolorowo – odpowiada śpiewaczka. Uzupełnia, że nauczycielce matematyki dodatkowo podpadła strojem. – Buty były na kartki. Noszę 39, czyli jeden z najbardziej popularnych rozmiarów. Kupić jakiekolwiek obuwie nr 39 to w tamtych czasach był cud. Miałam kozaki, dół skórzany, reszta ze skaju. Na takim okropnym słupku, bo tego obcasem nazwać nie sposób. Całość w kolorze musztardowo-oliwkowym – opowiada. W tym obuwiu wielkiej urody poszła na lekcje matematyki. „Węgorzewska, tobie odbiło, żeby w tym wieku na takich obcasach!” – podsumowała ją nauczycielka.

Z kolei dyrektor liceum muzycznego wypominał jej, że nie chodziła na pochody pierwszomajowe. – Mój dziadek należał do AK, więc zwyczajnie nie mogło być o tym mowy. Dyrektor wezwał mnie kiedyś i stwierdził, że robię mu to na złość, bo wiem, że jest rozliczany z obecności podopiecznych. Wcześniej zaś, w podstawówce, obniżyli mi ocenę z zachowania za semestr do 3, bo nie chciałam się zapisać do harcerstwa – wspomina artystka.

Przez jej klasę w liceum muzycznym przeszło w trakcie sześciu lat prawie 40 osób, z czego do matury dotrwało 10. Tempo, ilość zajęć i natłok materiału weryfikowały podejście – dziś zawodowo muzyką zajmują się trzy, może cztery osoby. – Ludziom wydaje się, że wystarczy talent. Tymczasem on stanowi pierwsze 20 proc. sukcesu. Potem decyduje przede wszystkim ciężka praca – podsumowuje śpiewaczka.

Carmen i Lukrecja

Ona sama wytrwale pracowała na późniejsze sukcesy. Jeszcze w szkole średniej poprosiła o dodatkowe lekcje śpiewu. – Sugerowano mi już wówczas, że mogłabym śpiewać partie solowe, ale nie wyobrażałam sobie tego z powodu tremy. Na fortepianie można grać, tylko zerkając na publiczność, przy śpiewie utrzymuje się już kontakt wzrokowy – opowiada. Przemogła się jednak i spróbowała. Okazało się, że śpiew operowy to jej droga.

Pytam, czy nie ciągnęło jej do lżejszego repertuaru. Wyjaśnia, że choć wyrosła w tradycji muzyki klasycznej, a w szkole tępiono wszelkie inne zapędy – nie tylko do muzyki rozrywkowej, ale nawet do jazzu – to śpiewała także w zespole. – To były czasy, gdy rodziła się tradycja śpiewania z gitarami w kościołach. Założyłam taki zespół z kolegami. Graliśmy w katedrze szczecińskiej. Koledzy z klasy złośliwie przezywali nas potem „krucyfiks band” – wspomina Węgorzewska.

Wygrała jednak klasyka. Po zdaniu matury artystka trafiła do Opery Szczecińskiej, gdzie przez kilka miesięcy była członkiem chóru. Później w gdańskiej Akademii Muzycznej kontynuowała naukę śpiewu. Następnie przeniosła się do Warszawy, studia muzyczne ukończyła na wydziale wokalno-aktorskim w Akademii Muzycznej im. Chopina. – Opera to połączenie muzyki i teatru, a ten fascynował mnie zawsze. Kotary, scena, kostiumy. Nawet kurz, który czasem unosi się w zakamarkach za kulisami – wyjaśnia.

Zadebiutowała na scenie wiedeńskiej Kammeroper w operze „Die Pilger von Mekka” Glucka. Nie sposób opisać wszystkich jej ról, zarówno w kraju, jak i poza nim. Pytam, którą kreację uznaje za najważniejszą. – Na pewno rola tytułowa w „Carmen” Georges’a Bizeta. Ta rola we mnie dojrzewała – mówi. Wymienia także „Gwałt na Lukrecji” Benjamina Brittena (partia Lukrecji). – To była zresztą polska premiera utworu, którego akcja dzieje się w czasach starożytnego Rzymu. Nawiasem mówiąc, zderzenie teatru antycznego i współczesnego na podstawie dwóch skrajnie różnych inscenizacji tej opery było tematem mojej pracy doktorskiej – opowiada.

W początkach kariery zasłynęła tzw. rolami „spodenkowymi”, czyli rolami mężczyzn, granymi przez młode kobiety. Do takich należała postać Oktawiana w „Kawalerze Srebrnej Róży” Richarda Straussa. – Kocham właściwie wszystkie swoje role – zaznacza. Z sentymentem wspomina „Rycerskość wieśniaczą” i partię Santuzzy.

Artystka nie ogranicza się do opery. Nagrała m.in. ścieżkę dźwiękową do filmu „Wiedźmin” Marka Brodzkiego. – Planowałam płytę z Grzegorzem Ciechowskim, to miało być zderzenie dwóch światów: opery i muzyki rozrywkowej. Nagrałam ją zresztą wiele lat później, już po śmierci Grzesia, z Tomkiem Szymusiem. Jednak jeszcze przed tą tragedią Grzegorz dostał propozycję stworzenia ścieżki dźwiękowej do wspomnianego filmu. Zaproponował mi udział. Płyta uzyskała status Złotej. Niestety, dwa miesiące potem zmarł – opowiada.

Grała także role w serialach: „Domu nad rozlewiskiem” i „Na dobre i na złe”. Zwłaszcza pierwszą rolę wspomina dobrze. – Moja postać to była śpiewaczka, która nie wie, czy poświęcić się karierze, czy zająć się swoim dzieckiem cierpiącym na autyzm. Potem fundacja, którą prowadzę, zaangażowała się w pomoc dzieciom dotkniętym tą chorobą – mówi.

Na ratunek Warszawskiej Operze Kameralnej

W 2011 r. artystka bezskutecznie startowała do Sejmu z list PSL.

– Nie chodziło o jakieś podteksty polityczne. Później zresztą miałam inne propozycje kandydowania. Nie skorzystałam – wyjaśnia. Dodaje, że wystartowała w wyborach, bo interesowała ją działalność edukacyjna. – Napatrzyłam się, jak wygląda szkolnictwo na Zachodzie oraz jak duże problemy z komunikacją za granicą mają polskie dzieci. Chciałam działać na tym gruncie – zaznacza. – Myślę, że te moje zapędy edukacyjne znajdą odzwierciedlenie w tym, co chcę zaproponować młodym widzom Warszawskiej Opery Kameralnej: bardzo twórczą, niestatyczną przestrzeń. Uważam zresztą, że rodzice powinni pokazywać swoim dzieciom, czym jest opera – dodaje.


Alicji Węgorzewskiej daleko bowiem do stereotypu roztrzepanej artystki. Odnajduje się także w pracy polegającej na zarządzaniu. Od 10 lat prowadzi fundację zajmującą się projektami edukacyjnymi i kulturalnymi. Między kwietniem 2015 a październikiem 2016 r. artystka pełniła obowiązki dyrektora Mazowieckiego Teatru im. Jana Kiepury w Warszawie, później została dyrektorem Warszawskiej Opery Kameralnej. Podyplomowe studia z zakresu zarzadzania kulturą ukończyła na Uniwersytecie Warszawskim. – W związku z nowymi obowiązkami występuję zdecydowanie rzadziej. Bywa, że przez 12 godzin jestem przykuta do biurka – przyznaje. Podkreśla jednak, że uratowanie jednej z najważniejszych warszawskich scen jest dla niej priorytetem. – Gdy doprowadzimy zmiany do końca, będę miała więcej czasu na śpiew, a także dla rodziny – zaznacza.

W związku z wprowadzanymi przez nią zmianami media wytknęły jej, że zwalnia ludzi.

– To nie jest takie proste. Nie chodzi tylko o zwalnianie, ale o pewne zastałe schematy w myśleniu. Tymczasem przeszliśmy od czasów komunizmu w funkcjonowanie rynkowe. Operze Kameralnej reforma należała się od dłuższego czasu – tłumaczy. Podkreśla zarazem, że artyści, którzy w ostatnich latach śpiewali, odnosili sukcesy, występują i będą występować. Wyjaśnia, że znaczna część zwolnionych osób to ludzie zatrudnieni jedynie na papierze. – Nie możemy sobie pozwolić na to, aby wynagrodzenia ze środków publicznych spływały na konta osób, które np. od trzech lat nie występują – tłumaczy.


Do sukcesów WOK pod rządami śpiewaczki z pewnością należy zorganizowanie 27. edycja Festiwalu Mozartowskiego. Zagaduję o plany na nowy sezon. – Będzie pięć dużych premier operowych. Ale jeszcze nie zdradzę, jakich – odpowiada.

A czym artystka zajmuje się w wolnych chwilach? Sama przyznaje, że „lubi grzebać się w ziemi”. – Pielęgnuję ogródek, sadzę kwiatki. Lubię też gotować i nurkować. Tą ostatnią pasją zaraziłam zresztą swoją córkę.

Alicja Węgorzewska:
Ulubiona książka: „Mistrz i Małgorzata” Michaiła Bułhakowa
Ulubiony film: „Butterfield 8” Daniela Manna. Ważnym elementem jest tu muzyka polskiego kompozytora Bronisława Kapera, który jako pierwszy Polak otrzymał za nią Oscara. W ogóle jestem zafascynowana Elizabeth Taylor.
Ulubiony serial: nie mam na nie czasu
Ulubiona pora roku: lato
Największy autorytet: św. Jan Paweł II
Potrawa, którą zawsze chętnie jem: stek z polędwicy z grilla medium, z krwistą częścią również
Największa zaleta: konsekwencja, wytrwałość w dążeniu do celu
Największa wada: bywam apodyktyczna
Trzy rzeczy, które zabrałabym na bezludną wyspę: czytnik do książek, odtwarzać z muzyką i moją rodzinę. Zaznaczam, że rodzina to nie rzecz.