Alternatywą pozostaje koncepcja jagiellońska – Międzymorze – która przez parę wieków zapewniała stabilizację Europy.

Słuch historyczny się przydaje. Pozwala zawczasu dojrzeć to, czego większość nie zauważa, a co już wkrótce zdeterminuje im życie. Słuch potrafi być zawodny, z oddali można pomylić wiatr historii z tętentem koni Apokalipsy.

Żyjemy w okresie przejściowym. Wiele wskazuje, że może być on końcem świata, który do tej pory utożsamialiśmy z cywilizacją Zachodu, jego wartościami, chrześcijaństwem, a przede wszystkim z dumą i odpowiedzialnością za „brzemię białego człowieka”. Na naszych oczach to wszystko ginie.

Wielu sięga po analogie z historią starożytnego Rzymu, który upadł wskutek własnej dekadencji i napływu barbarzyńców. Jednak warto przypomnieć, że upadła jedynie jego część zachodnia. Wschodnia – Bizancjum – przetrwała koleje dziesięć wieków. Paryże, Londyny czy Rzym stały się miasteczkami zaludnionymi przez analfabetów, Konstantynopol pozostawał milionową metropolią.

Czy przeżyjemy powtórkę z historii? Do roli Trzeciego Rzymu aspiruje samorzutny spadkobierca Bizancjum – Rosja, w którym były KGB-owiec ogłasza się strażnikiem wartości chrześcijańskich.

Alternatywą pozostaje koncepcja jagiellońska – Międzymorze – która przez parę wieków zapewniała stabilizację Europy. Później idee jagiellońskie podejmowane przez Piłsudskiego nie miały większych szans, nie udał się sojusz z Petlurą przeciw bolszewikom.

Teraz być może znów dostajemy od historii szansę dziejową. Jeśli uda się połączyć na wielu płaszczyznach zbieżne interesy ludów Trójmorza – Adriatyku, Bałtyku i Morza Czarnego, jeśli potrafimy zyskać parasol militarny wuja Sama, Europa naszych wnuków nie będzie musiała mówić po arabsku ani po rosyjsku.

Żałośnie brzmi szczekanie kundli z opozycji pod adresem polskiej polityki zagranicznej, która, moim zdaniem, ma wizję, o jakiej od czasów Batorego i Sobieskiego się nie śniło. I w dodatku w warunkach lepszej koniunktury.