Z relacji mężczyzny, który wzywał pogotowie do umierającej osoby, wynika, że dyspozytor w Kaliszu miał powiedzieć: „No to umrze. Każdy umrze, panie".  Gdy karetka przyjechała na miejsce, człowiek nie żył. Sprawę bada prokuratura i zwierzchnicy dyspozytora.

Do zdarzenia doszło w środę przed godz. 15 w Ostrowie Wlkp. Na jednej z posesji przy ul. Kamiennej zasłabł 59-letni mężczyzna. Świadek twierdzi, że był pod wpływem alkoholu.

Przestań pan gadać, tylko odpowiadaj na pytania. Ja muszę wywiad zebrać. Muszę wiedzieć, w jakim kodzie karetkę wysłać i jaką wysłać

- powiedział dyspozytor.

  Wywiad, jak wywiad, to człowiek umrze, będziemy sobie wywiady robić


- odpowiedział pan Sebastian, na co usłyszał:

No to umrze. Każdy umrze.


Na razie znamy tylko zapisy rozmowy. Zarejestrował je mężczyzna dzwoniący pod numer 112. Według niego karetka przyjechała po 15 minutach. Szpital informuje, że dojazd zajął 7 minut. Jeśli dyspozytor źle przeprowadzał rozmowę ze zgłaszającym, za późno wysłał ambulans, a ewentualni biegli uznają, że kilka minut mogło uratować życie człowieka, grozi mu do 5 lat więzienia za nieumyślne spowodowanie śmierci człowieka oraz za narażenie na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia przez osobę, na której ciąży obowiązek opieki.

Prokuratura dopiero jednak zaczęła swoją pracę, a na jej ustalenia czeka dyrektor szpitala w Kaliszu, któremu podlega dyspozytor. Od decyzji śledczych zależą środki, które na podstawie kodeksu pracy zastosuje dyrektor. Może m.in. zwolnić dyspozytora z pracy.
 

Aktualizacja: dyrektor kaliskiego szpitala zawiesił w czynnościach służbowych dyspozytora pogotowia do czasu wyjaśnienia przez prokuraturę sprawy mężczyzny, do którego wzywano karetkę.