Nie wiem, kto wymyślił, by zwolennicy Donalda Tuska nosili za nim czerwone kartki z wyobrażeniem jego twarzy, ale był to ktoś, kto czuje historię i docenia wartość komunikatów, jakie płyną ze znaków graficznych.

Czerwony Tusk został przedstawiony dokładnie w tej samej stylistyce, w jakiej pojawiają się wizualizacje Che Guevary, Lenina czy Mao Zedonga. Artysta, jak dotąd anonimowy, musiał często z symboliką komunistyczną takich grafik obcować i głęboko mu ona zapadła w duszę. Tak głęboko, że postanowił wyobrazić Donalda Tuska jako kolejnego bohatera – przywódcę na drodze komunistycznego postępu. To wyobrażenie na wyrost, hagiograficzne w intencji twórcy, ale dobrze oddaje istotę roli Tuska w Polsce. Jest on liderem obozu, który od partii Lenina przeszedł do Platformy Obywatelskiej. Spod czerwonych sztandarów wskoczył pod błękitne, traktując „europejskość” jako środek do utrzymania władzy, wpływów i pieniędzy. Czerwony Tusk to najcelniejszy graficzny symbol postkomuny, jaki pojawił się w przestrzeni publicznej. Pokazuje, czyje interesy i jaką formację reprezentuje to towarzystwo, które wraz ze swoim przywódcą maszerowało w środę do prokuratury.