„Król Europy” przyjechał do Warszawy. Na przesłuchanie w charakterze świadka. Stawił się jak każdy obywatel wezwany przez prokuraturę. I nie ma w tym nic nadzwyczajnego – nie jest to sprawa polityczna, jak chciałby sam Donald Tusk i jego otoczenie.

Były premier bezpośrednio nadzorował służby specjalne i o tym miał opowiedzieć śledczym. A zwłaszcza o umowie, którą po katastrofie smoleńskiej zawarła Służba Kontrwywiadu Wojskowego z Federalną Służbą Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej. Bez wiedzy i zgody ówczesnego ministra obrony narodowej. To jednak nie interesowało zwolenników Tuska, którzy przyszli go przywitać. Sądząc po minie i zachowaniu „króla Europy”, powitalny cyrk nie był mu wcale na rękę. To akurat nie dziwi – według nieoficjalnych informacji nie znosi on tłumów, a najlepiej czuje się w zaciszu gabinetów. Albo na sportowym boisku, byleby na trybunach nie było publiczności. Wysiane przez internautów „powitanie” Tuska było przysłowiową niedźwiedzią przysługą, która nie przysporzy mu powagi. Wręcz przeciwnie – będzie kojarzony z czerwonymi kartkami, a te przecież na myśl przywodzą jedno – zejście zawodnika z boiska.