Według klasycznej już analizy Samuela Huntingtona współczesna Turcja należy do państw cywilizacyjnie rozerwanych. Granica między światem Zachodu a islamskim Bliskim Wschodem przebiega przez sam środek tureckiego społeczeństwa. Wiele wskazuje na to, że przedwczorajsze referendum jeszcze bardziej ten podział pogłębiło. Żeglując na fali popuczowej popularności, Recep Tayyip Erdoğan przeforsował swój projekt zmian konstytucyjnych wprowadzający rządy silnej ręki. Trzy elementy: wzmocnienie pozycji prezydenta, akcentowanie aspektów nacjonalistycznych oraz odwołania do islamu tworzą specyficzny neootomański koktajl, który narodowi chce zaserwować Erdoğan. Tym samym odwraca się coraz bardziej od Europy i zbliża do Bliskiego Wschodu oraz Afryki. Erdoğan nie miał jednak przygniatającej przewagi (poparło go 51,4 proc. głosujących). Część opozycji już zażądała ponownego przeliczenia głosów. Prezydenta nie poparły duże miasta, w tym Stambuł. Nie zapominajmy też, że od czasów stalinowskich czystek w żadnym europejskim kraju nie było tylu więźniów politycznych. Erdoğan musi więc być bardzo ostrożny. Jeśli przegrzeje system, cały kraj zapłonie jak Syria.