„Wszyscy zorientowani po naszej stronie wiedzą, że Tomek Sakiewicz będzie zawsze po stronie obozu niepodległościowego. Wszyscy zorientowani wiedzą też, że jeśli nasz obóz zacznie przegrywać, bracia Karnowscy natychmiast z niego czmychną. Skąd ta wiedza? To proste jak drut. Tomek był po naszej stronie zawsze. Karnowscy dołączyli, gdy potencjał ludzki, na który pracowali inni, był wystarczający, by można było na nim zarobić. Wcześniej nikt nie słyszał o takich radykałach” – pisze w najnowszym tygodniku „Gazeta Polska” Piotr Lisiewicz.

I dodaje: „Powtarzam, to jest rzecz, o której wiedzą WSZYSCY zorientowani. A zorientowani są z reguły aktywni, stąd zorganizowali oni ponad 400 klubów Gazety Polskiej, a klubów >>W Sieci<< nie ma. Czytelne kryterium”.

Lisiewicz pisze dalej o dziennikarzach, którzy w sposób najbardziej agresywny zaatakowali w ostatnich dniach Tomasza Sakiewicza:  „Marek Pyza, przez niemal dekadę dziennikarz radia TOK FM i Marcin Wikło, były dziennikarz TVN24, zostali wypuszczeni w roli >>zagończyków<< na wojenkę przeciwko >>Gazecie Polskiej<<. Gdy Tomek Sakiewicz zauważył grzecznie (bo to człowiek ode mnie o niebo bardziej kulturalny), że zdaje się to my pisaliśmy o Smoleńsku, gdy cała reszta poddała się narzuconemu paraliżowi języka, przed szereg wyskoczył zagończyk Wikło i ogłosił:

To prawda. >>Gazeta Polska<< jako pierwszy tygodnik prowadziła śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej, podważając oficjalną wersję tej tragedii, bo… w kwietniu 2010 roku nie było żadnego innego tygodnika po prawej stronie medialnej barykady. >>Uważam Rze<< powstał w lutym 2011 roku, jeszcze młodszymi tytułami są >>wSieci<< i >>Do Rzeczy<<”.


- No, to prawdziwe mistrzostwo polemiki! >>Jako pierwszy tygodnik<<? Wiadomo, siedząc w dzienniku >>Rzeczpospolita<<, albo w telewizorniach prowadzić śledztwa się nie dało. Nie ma co się czepiać” – komentuje sarkastycznie Lisiewicz.

Lisiewicz zastrzega, że rozumie, iż zwolennicy obozu niepodległościowego nie lubią kłótni we własnym obozie, jednak stwierdza, że wieloletnie doświadczenie wskazują, iż w postkomunizmie jest to postawa ryzykowna:

„Rozumiem to, z tym, że mam zdanie dokładnie przeciwne. Istotą postkomunizmu są przebieranki. Gdy nasz obóz niebezpiecznie rośnie w siłę, ZAWSZE siły systemu starają się w nim stworzyć własną, silną frakcję przebierańców. A przebieraniec nie przestaje być przebierańcem kiedy się przebierze skutecznie. Nie przestaje nim być nawet wtedy, gdy my zaczynamy udawać w imię wyższych racji, że przebieraniec przebierańcem nie jest. Zawsze koniec końców wyjdzie jego natura. Zawsze w STRATEGICZNYM momencie”.


Dalej cytuje, co o Smoleńsku w najtrudniejszych momentach próby pisali dwaj obecni zastępcy redaktora naczelnego „W Sieci”. Piotr Zaremba 10 listopada 2010 pisał w tekście „Zatrute dusze pół roku po Smoleńsku”:

Nie sprawdziły się proroctwa tych, którzy szukali w tragedii – mimo wszystko – zaczynów dobra. Mamy jeszcze bardziej nieodpowiedzialne władze i bardziej sekciarską opozycję. Jałowość sporu obrazuje to, co mówi się o samym Smoleńsku. Z jednej strony opowieści o brzozie, która nie powinna zgruchotać skrzydła samolotu (a w tle rozważania, czy Rosjanie dobijali rannych)

- Wiadomo, tylko sekciarz wierzy, że brzoza nie zgruchotała skrzydła! – komentuje Lisiewicz.
Dalej przypomina teksty Piotra Skwiecińskiego. Gdy w sierpniu 2010 r. wobec coraz to nowych bulwersujących faktów Jarosław Kaczyński zaczął używać mocniejszych słów w sprawie Smoleńska, Skwieciński napisał, że prezes PiS zrezygnował z realnego wpływu na politykę:

Kaczyński abdykował, a co najmniej oscyluje na granicy abdykowania

„Cóż za polityczny wizjoner!” – kpi Lisiewicz. Z kolei 19 października 2010 r. Skwieciński atakował Antoniego Macierewicza za to, że przez swój radykalizm:

Utrudnia dotarcie do prawdy tam, gdzie może ona być istotnie skrywana (np. gdy chodzi o zachowanie rosyjskich kontrolerów). Tylko czy prawda o Smoleńsku, niezredukowana do prostackiej wizji propagandowej (>>ląduj, dziadu!<< lub >>zamach Ruskich<<), jest jeszcze komuś potrzebna?

Oprócz Macierewicza Skwieciński strofował też prof. Biniendę:

Odstręczający był efekt dość żenującej zabawy w kotka i myszkę z wojskową prokuraturą, w którą niestety zaangażował się Binienda

oraz

Ujmująca postawa wycofanego naukowca zaczęła ustępować miejsca temperamentnemu polemiście, który w zasadzie przestał ukrywać swoją bardzo zdecydowaną opinię nie tylko na temat przyczyn i przebiegu katastrofy, ale i strony przeciwnej -  czyli władz państwowych i komisji Millera.

Więcej na ten temat w najnowszym wydaniu tygodnika "Gazeta Polska"