Z uwagi na fakt, że toga stanowi strój urzędowy używany na rozprawie, wydaje się niedopuszczalne używanie jej w czasie np. udzielanego wywiadu telewizyjnego czy też w innych sytuacjach niestanowiących wykonywania czynności służbowych związanych z uczestniczeniem w postępowaniu sądowym”

– wypowiadał się w 2014 r. w piśmie „Prokuratura i Prawo” prokurator dr Michał Mistygacz, dziś członek władz jednego ze stowarzyszeń organizujących sobotnią imprezę. W komentarzu do ustawy o ustroju sądów powszechnych Katarzyna Gonera stwierdzała, że: „Niedopuszczalne jest używanie togi sędziowskiej poza salą sądową, na której odbywa się rozprawa lub posiedzenie sądu, albo poza budynkiem sądu”, a z kolei prof. Józef Iwulski na ten sam temat wypowiadał się równie stanowczo: „Tylko na rozprawie używają tóg prokuratorzy, adwokaci, radcowie prawni oraz radcowie prawni Prokuratorii Generalnej, w związku z czym należy uznać za niedopuszczalne używanie tóg – co niestety nierzadko się zdarza – np. na korytarzach sądowych, w sekretariatach, w wystąpieniach telewizyjnych, w bufetach itp.”. Tyle teorii przedmarszowej zebranej przez czujnych użytkowników polskiego Twittera, praktyka była jednak zupełnie inna.

Źle się bawicie – dla was to igraszka, nam idzie o życie

Zapytany o togi, prof. Andrzej Rzepliński stwierdził, że obecność sędziów w togach była zgodna… z potrzebą. Idąc więc tropem profesorskiej myśli, potrzeba stanu sędziowskiego stoi ponad przepisami czy dobrym zwyczajem. Być może więc niedługo, gdy znów któryś z roztargnionych sędziów sięgnie po banknot, wiertarkę czy co tam akurat się nawinie, dowiemy się, że zachowanie to było zgodne z potrzebą. I trudno będzie temu zaprzeczyć, z potrzebami nie ma za bardzo jak dyskutować. Inną linię obrony modowej samowoli stanu prawniczego przyjęła prezes Sądu Najwyższego Małgorzata Gersdorf. „Krytyka będzie pod każdym adresem – tłumaczy pani prezes. – Chcą, to wezmą, toga to nie łańcuch sędziowski, to nie jest nic zdrożnego; będzie widać, że to są sędziowie, to chyba nie jest nic wielkiego. Toga to jak fartuszek. W przedszkolu”. Jak widać, sama prezes Sądu Najwyższego nie traktuje więc sędziowskiego stroju roboczego zbyt poważnie, a i porównanie sądu do przedszkola, prawnika zaś do przedszkolaka może budzić pewne wątpliwości.

Być może zresztą wszystko to faktycznie jest zabawa, chociaż zamiast lalek mamy prawdziwych ludzi, zamiast klocków zaś – ich losy. Jeżeli coś nie pasuje, można zawsze wcisnąć na siłę, gdy się nie spodoba, rzucić w kąt. Za każdym razem, kiedy w tekście muszę poruszyć kwestie wymiaru sprawiedliwości, pod ręką czekają już kontrowersyjne, delikatnie rzecz ujmując, orzeczenia sądów z ostatnich dni. Jak już wspominałem, liczba budzących sprzeciw decyzji wydaje się ostatnio rosnąć w tempie lawinowym. Może rzeczywiście więc ludzkie życie nie jest traktowane zbyt poważnie przez przynajmniej część polskich sądów? Jak inaczej wytłumaczyć choćby wyrok sprzed kilku zaledwie dni, w którym skandalicznie niskie kary wymierzono dwójce sprawców, którzy na oczach dzieci skatowali na śmierć mężczyznę za wcześniejsze ochlapanie (nawet jeśli celowe) błotem podczas jazdy autem? W tym przypadku życie ludzkie okazało się warte 4 i 5 lat więzienia dla sprawców. Łaskawy wyrok, który pozwoli im za kilka lat wrócić do siebie… i do wsi, gdzie mieszka przecież również rodzina zamordowanego.

Wdzięczność Najsztuba, „eseistyka” Stonogi

Na warszawski marsz stawili się prawnicy z Polski i ich koledzy z Europy. W tym samym czasie we Francji, w Paryżu, żandarmeria pobiła protestujących przeciw reformie emerytalnej prawników. Sceny, które rozegrały się w Pałacu Sprawiedliwości, poruszyły media społecznościowe, lecz już nie kolegów po fachu, których oczy skierowane są na Polskę. Przyjemniej jest protestować i krzyczeć tam, gdzie nic za to nie grozi. Jednak od delegatów z kilku państw ciekawszy był przynajmniej jeden gość krajowy. Furorę zrobiło zdjęcie, na którym w obronie sędziów staje niedawno uniewinniony przez sąd dziennikarz Piotr Najsztub, którego żadna kara nie spotkała za potrącenie staruszki oraz jazdę bez prawa jazdy i innych potrzebnych zwykłym śmiertelnikom dokumentów. Najsztub protestuje więc w obronie braku równości obywateli wobec prawa, w imię bezkarności celebrytów i własnej, uzasadnionej przecież wdzięczności. I sędziowie wdzięczność tę przyjmują jako coś naturalnego, oczywistego i nikomu nieprzynoszącego ani wstydu, ani wizerunkowego samobójstwa.

Jak na swoim Facebooku zauważył również Patryk Jaki, trudno dziwić się Najsztubowi skandującemu w tłumie: „dziękujemy”. Ciekawić może tylko, dodaję już od siebie, za co dokładnie dziękują pozostali uczestnicy. I sympatycy, których nie było na miejscu, a którzy też mają bardzo dużo do powiedzenia. Z okazji marszu spory esej o sprawności działania polskich sądów i znaczeniu sobotniego protestu opublikował sam Zbigniew Stonoga. Biznesmen i polityk, który swoją popularność kilka lat temu budował na miażdżącej i wulgarnej krytyce polskiego wymiaru sprawiedliwości, dziś stał się wielkim sympatykiem „wolnych sądów”. Dla pamiętających polityczne początki Stonogi może być to dość zaskakująca przemiana, jednakże pamiętać trzeba, że od 2015 r. wrogiem numer jeden stał się dla niego Jarosław Kaczyński wraz z całym rządem PiS, ostatnio zaś wsławił się on groźbami wobec ministra Zbigniewa Ziobry i obrzydliwymi atakami na jego najbliższych. Pomimo postawienia Stonodze 188 zarzutów sąd odrzucił, również w zeszłym tygodniu, wniosek o zastosowanie aresztu i zadowolił się dozorem policyjnym i zakazem zbliżania się do ministra.

Furda z konstytucją, Unio, interweniuj!

Podczas sobotniego marszu ze strony przedstawicieli polskiego wymiaru sprawiedliwości padły apele o nałożenie na nasz kraj sankcji i interwencje Unii Europejskiej.

Koresponduje to zarówno z działaniami unijnej komisarz do spraw praw człowieka, nadzorującej prace Komisji Weneckiej, jak i z przeciekami, jakie w nocy z niedzieli na poniedziałek zaczęły napływać z Brukseli. Jeden z holenderskich dziennikarzy, cytowany przez Jacka Saryusza-Wolskiego, twierdzi, że już we wtorek Komisja Europejska złoży do Trybunału Sprawiedliwości UE wniosek o nakazanie Polsce wstrzymania działania Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, a więc tego, przed czym ostatnio ten sam trybunał jednak się powstrzymał. Izba może mieć w najbliższym czasie dużo pracy, nic więc dziwnego, że zagranica może chcieć rościć sobie nieuprawnione kompetencje, by ratować tych, którzy najgłośniej wzywają pomocy, byle nie po francusku. Z kolei unijna komisarz postanowiła wtrącić się w nasz proces legislacyjny, nie czekając nawet na efekty wizyty komisji, niemającej zresztą żadnego prawnego umocowania nawet w jej własnym regulaminie. Nie wspominając już o polskiej konstytucji, która swoim obrońcom, tym na miejscu i tym z importu, coraz częściej ginie ostatnio z oczu.