„Czy nie rozumiecie, (...) że telefon i inne gadżety to nie tylko coś, co odciąga uwagę od zajęć? Dzieci przestają myśleć. Nie umieją liczyć, nie znają tabliczki mnożenia, bo wszystko sprawdzają w telefonie”

– powiedział Łukaszenka.

Te słowa padły po głośnej aferze we wrześniu, gdy do sieci trafiło nagranie, na którym nauczycielka ze szkoły w Homlu, przeklinając, krzyczała na ucznia czwartej klasy.

Pierwszą reakcją władz szkoły było zwolnienie nauczycielki, jednak później sprawy przyjęły nieoczekiwany obrót. Do akcji wkroczył sam prezydent Łukaszenka, pedagog przywrócono do pracy, a zwolniona została dyrektorka i kilkoro urzędników.

Łukaszenka publicznie skrytykował gubernatora obwodu homelskiego. „Pojechali, zaczęli robić porządki, zebrali wszystkich naczelników. Posikali się, bo, patrzcie ich, w mediach społecznościowych ich opublikowali. I ukarali tę biedną nauczycielkę. Ja bym na jej miejscu łeb ukręcił jakiemuś szczeniakowi” – mówił prezydent.

„Chcecie, żeby było jak w Stołpcach (w lutym jeden z uczniów zabił tam nauczycielkę i ranił dwie inne osoby)? A zaczyna się od tego, od kpin z nauczycielki. I jeszcze to nagrywają, publikują w sieci. I to w czwartej klasie!”

– oburzał się białoruski przywódca.

Dostało się również premierowi, szefowej administracji prezydenta i wicepremierowi odpowiedzialnemu za edukację – wszyscy dostali nagany.

Jak tłumaczyła rzeczniczka Łukaszenki, prezydent po zapoznaniu się z sytuacją zareagował „emocjonalnie i ostro”, ponieważ pedagog z 35-letnim stażem została jego zdaniem zwolniona pochopnie.

Nauczycielka tłumaczyła potem, że dzieci były głośne, niegrzeczne, rzucały w nią różnymi przedmiotami, a gdy próbowała je uspokoić, chłopiec podstawił jej nogę, akurat gdy przenosiła ławkę, potem w jej stronę poleciał plastikowy kubek. „I wtedy puściły mi nerwy” – opowiadała portalowi TUT.by.

Społeczeństwo, jak pisał ten portal, podzieliło się na dwa wrogie obozy, to broniąc nauczycielki, to ostro krytykując jej zachowanie. Spory i emocje wywołuje również temat zakazu używania telefonów w szkole. Rodzice chcą mieć kontakt z dziećmi i często nie są zadowoleni, że nie mogą one korzystać z urządzeń. Inni uważają, że zakaz używania gadżetów w czasie lekcji to dobra metoda, a w szkole dzieci powinny się zająć nauką.

Według mediów to właśnie po historii z Homla szkoły zaczęły bardziej sumiennie stosować się do przepisów zakazujących używania komórek.

Przepisy te pojawiły się w kwietniu i były elementem szerszego rozporządzenia ministra edukacji dotyczącego zwiększenia bezpieczeństwa w szkole. Regulują one m.in., kto i kiedy może do szkoły wchodzić, jakich przedmiotów nie wolno wnosić do budynku, określają inne wymogi bezpieczeństwa.

Była to reakcja na wydarzenia w Stołpcach, gdzie w lutym jeden z uczniów wszedł do szkoły z nożem i śmiertelnie ranił nauczycielkę. Ranni zostali także dwaj uczniowie.

Metody „walki z komórkami” mogą być różne. W Grodnie uczniowie podstawówki składają przed lekcjami telefony do specjalnego pudełka i dostają je z powrotem po zakończeniu zajęć. W Głębokim telefony nie są zabierane, ale muszą być schowane do plecaka i wyłączone.

„Telefon można do szkoły przynieść, ale trzeba go wyłączyć i na czas lekcji oddać nauczycielowi. Używać go można tylko na przerwie” – takie zasady, jak opowiada jedna z mam, obowiązują w szkole w Mińsku. „Jeśli jest pilna potrzeba w czasie lekcji, można poprosić nauczyciela, żeby np. zadzwonił do rodziców” – dodaje.

„Ograniczamy wykorzystanie telefonów komórkowych, ale konkretny mechanizm jest regulowany przez zasady wewnętrzne (w każdej szkole)” – mówiła rzeczniczka ministerstwa edukacji we wrześniu portalowi Onliner.by.