Pierwszym przykładem może być Zbigniew Domino, który mimo doznanych od Sowietów represji i tak przeszedł na ich stronę. Jest autorem książki „Syberiada Polska” i, co ciekawe, historia głównego bohatera powieści napisana została w na podstawie jego doświadczeń z młodzieńczych lat. W 1940 r. jako 15-letni chłopak został on zesłany na Syberię wraz z rodziną. Na obcej ziemi spędził sześć lat. Po powrocie do kraju z własnej woli wstąpił do Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, czyli formacji powołanej do zbrojnego zwalczania podziemia niepodległościowego. W 1949 r. trafił do Oficerskiej Szkoły Prawniczej w Jeleniej Górze. Przyspieszone kursy prawnicze szkolące prokuratorów oddanych komunistycznej ideologii ukończył jako prymus.

- Już jako prokurator oskarżał głównie żołnierzy podziemia polskiego, nierzadko domagając się dla nich kary śmierci, bez względu na wysokość rzekomego przewinienia. Uczestniczył także w egzekucjach na ul. Rakowieckiej w Warszawie. Szczątki jego ofiar znajdowały się na słynnej Łączce na warszawskich Powązkach. To są m.in. polscy lotnicy oskarżeni o tzw. spisek w wojsku – mówi „Codziennej” Tadeusz Płużański, historyk oraz prezes Społecznego Trybunału Narodowego.

Dodał również, że wyrok śmierci na tych oficerach został wykonany w mokotowskim więzieniu 7 sierpnia 1952 r.

- Ten człowiek ma na rękach krew dziesiątek polskich patriotów i nie słyszałem, aby prokuratorzy IPN, zależni od Ministerstwa Sprawiedliwości, się nim interesowali – mówi historyk.

Innym przykładem komunisty, który nigdy nie odpowiedział za swoje zbrodnie, jest Marian Ryba, stalinowski prokurator, naczelny prokurator wojskowy w latach 1956–1968, a także były prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej. Choć podczas swojej kariery podżegał do wielu zbrodni sądowych, pion śledczy IPN oskarżył go jedynie o niedopełnienie obowiązków, co doprowadziło do bezprawnego pozbawienia wolności kilkunastu działaczy niepodległościowych w latach 1951–1954. A zarzucić mu można o wiele więcej, m.in. to, że 13 stycznia 1947 r. w Ostrowi Mazowieckiej Ryba oskarżał Władysława Kornelewskiego ps. Grunt, Orlicz, żołnierza Narodowej Organizacji Wojskowej i Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, oraz jego kompana Henryka Olczaka ps. Lew, którzy następnie zostali skazani na karę śmierci. Wyrok wykonano następnego dnia, 14 stycznia 1947 r., co było złamaniem nawet „stalinowskiego prawa”, gdyż oskarżonym odebrano możliwość wystąpienia do Bolesława Bieruta o łaskę.

- To był człowiek wyznaczany do oskarżania w sprawach politycznych. Bez skrupułów przez całe lata PRL był usłużnym prokuratorem, który wykonywał polecenia bezpieki. To kolejna osoba, której można przypisać wiele zbrodni, jednak, jak widzimy, cały czas jest bezkarny – mówi „Codziennej” Tadeusz Płużański.

Nasza redakcja postanowiła spytać prok. Andrzeja Pozorskiego, dyrektora Głównej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w IPN, o to, dlaczego pionowi śledczemu IPN jest tak trudno postawić w stan oskarżenia osoby odpowiedzialne lub współwinne morderstw na żołnierzach antykomunistycznego podziemia.

- Prowadzimy wiele postępowań o zbrodnie sądowe, które mogą w najbliższym czasie zakończyć się postawieniem zarzutów. Nie możemy teraz mówić o konkretnych nazwiskach – odpowiedział enigmatycznie prok. Pozorski.

Do działań prokuratorów z pionu śledczego IPN będziemy jeszcze wracać na łamach „Codziennej”.