Czy dziś, w święto niepodległości odzyskanej w 1918 r. po 123 latach zaborów, a potem po latach niemieckiego i sowieckiego zniewolenia, przez Polskę przelewa się fala radości? W większości tak, ale pozostaje margines, któremu niepodległość kojarzy się z… faszyzmem. Bo (wszech)polska idea ma nienawidzić i wykluczać. Ilu jest dyskryminowanych? Lewacy, geje, lesbijki, anarchiści, feministki, ekolodzy. Tym wszystkim wydaje się, że jako uciśnieni muszą odebrać faszystom zawłaszczone przez nich święto niepodległości. Bo jak wiadomo, o wolność Polski walczyły osoby o odmiennych orientacjach. Dziś niepodległość możemy świętować pełną piersią. Ale jeszcze kilka lat temu patrioci byli upokarzani. Upokorzenie było tym większe, że niepodległość „umiędzynaradawiano”. Można było odnieść wrażenie, że niemieckie bojówki spod znaku Antify brały odwet za rozbrajanie ich dziadków na ulicach Warszawy w 1918 r. Szkoda, że do rozbijania „faszystów” nie sprowadzono jeszcze zadymiarzy z Rosji i Austrii. Znów mielibyśmy trzech zaborców. A władza PO-PSL na tę hucpę nie robiła nic. Jeszcze kilka lat temu razem z brygadami międzynarodowymi szli dziennikarze, filozofowie, aktorzy wymieszani z celebrytami. Jak w Święto Pracy. Szyc, Pszoniak, Dancewicz, Tokarczuk. Bo dla nich Polska „nie jest pępkiem świata”, a świat „nie jest biały, lecz kolorowy i wielokulturowy”. Wielokulturowość zamiast polskiej kultury, europejskość i poprawność polityczna zamiast niepodległości! Flaga tęczowa zamiast biało-czerwonej! Po drugiej stronie byli AK-owcy i NSZ-owcy, czyli właśnie – w świetle komunistycznej propagandy – „faszyści”. Szczęśliwie te czasy – rządów PO-PSL, kiedy polska niepodległość była upokarzana – odeszły. Miejmy nadzieję, że na zawsze.