W poprzednim felietonie pojawił się temat programów wyborczych i przedwyborczych obietnic składanych przez polityków. Jest to jednak tylko część większej całości składającej się na ostateczny wyborczy sukces, lub sromotną porażkę. Nie jest już żadną tajemnicą, że obecnie obok programu partii, to wizerunek ugrupowania oraz poszczególnych polityków jest tym, co wyróżnia formacje na scenie politycznej. Coraz częściej to właśnie wizerunek polityczny, a nie koncepcje zawarte w programie wyborczym decydują o poparciu wyborców i głosie oddanym w wyborach.

Analizując wyniki wyborów na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat, a także przyglądając się sondażom i badaniom opinii publicznej można dojść do wniosku, że wraz z rozwojem mediów audiowizualnych, a zwłaszcza mediów społecznościowych, wyborcy coraz mniejszą uwagę przywiązują do programu partyjnego i poglądów politycznych, a koncentrują się głównie na cechach osobistych polityka jego zachowaniu i wyglądzie. Do tego dochodzi jeszcze magia techniki spin, którą politycy w Polsce opanowali już niemal do perfekcji. Mamy tam zarówno „cherry picking” - czyli prezentację faktów lub ich ukrywanie w sposób wybiórczy i pasujący do aktualnego stanu politycznej rozgrywki. Mamy „non-denial denial” - czyli zaprzeczenie... bez zaprzeczenia i związane z tą techniką „non-apology apology” - czyli przeprosiny bez przepraszania. Ileż razy słyszeliśmy już coś takiego z ust polityków? A to jeszcze nie wszystko. Gdy do tego dodamy fundament spinu w postaci „doublespeak”, czyli mówiąc po naszemu „lania wody” i mówienia w tak pokrętny sposób, żeby potencjalny wyborca słyszał jedynie to, co chce usłyszeć. Zwieńczeniem socjotechnicznych zabiegów o głosy wyborców jest również metoda „burying bad news” polegająca na możliwie najlepszym ukryciu złych wiadomości na temat danej partii lub kandydata.

I tu dochodzimy do sedna. W całym przedwyborczym zamieszaniu chodzi o to, żeby przedstawić potencjalnym wyborcom taką historię, za którą podążą niczym za muzyką Flecisty z Hameln. A właśnie... skoro jesteśmy już przy muzyce, warto zwrócić uwagę na przedwyborcze ostrzeżenie, które sufluje nam Budka Suflera. Chodzi o utwór „Kiedy rozum śpi” z wydanej w 2002 roku płyty „Mokre oczy”. Trzeba przyznać, że warstwa tekstowa jest niezwykle poruszająca. Słyszymy nawoływanie z mocą manifestu do porzucenia wszechogarniającej ściemy i włączenie jednego z najcenniejszych darów, jakimi dysponuje ludzkość – rozumu.

„Nie musisz mówić nic, sam o tym dobrze wiem/Kiedy nasz rozum śpi, demony budzą się/Ludzie wciąż błądzą tak, jakby stracili wzrok/Kiedy rozumu brak, ziemię ogarnia mrok” - słyszymy przeszywające ostrzeżenie już na początku utworu.

W dalszej części piosenki robi się jeszcze bardziej mrocznie. Otrzymujemy ponurą wizję tego, co stanie się ze społeczeństwem, które zrezygnuje z używania rozumu i ślepo podąży za głosem samozwańczych ludowych trybunów obiecujących złote góry, szklane domy i... zielone wyspy.

„Bo kiedy rozum śpi, to tak jak w czarnych snach/Zaczynają nami rządzić razem gniew i strach/Kiedy rozum śpi, to nic nie mogą już/Ani groźby ani prośby, ani anioł stróż. Nie ważne, kto i skąd, nie ważna płeć i wiek/Głupota jest jak trąd, nie działa żaden lek/Nie musisz mówić nic, sam o tym dobrze wiem/Kiedy nasz rozum śpi, demony budzą się” - daje do myślenia prawda?

A gdyby tak, to właśnie rozum, a nie emocje, czy polityczne sympatie i antypatie w znacznym stopniu kierował naszą ręką z długopisem trzymanym nad kartą do głosowania? Nie jest żadną tajemnicą, że działaczom sztabów wyborczych poszczególnych partii raczej nie jest to na rękę. Musieliby się mocno napocić, żeby pozyskać nasz głos. Wiadomo, że znacznie łatwiej jest robić spin właśnie „kiedy rozum śpi”. A może już pora obudzić się z letargu i zamiast kolorowych plakatów i powtarzanych od lat niezrealizowanych wyborczych obietnic warto zacząć rozliczać polityków bardziej racjonalnie? Choć brzmi to jak utopia, wbrew pozorom nie jest takie trudne. Wystarczy tylko... pomyśleć.


Chcesz odsłuchać opisywany w felietonie utwór? Wejdź na @GumoweUcho_ na Twitterze.