Motyw nieszczęśliwej miłości często gości w operach. Jedna „Aida” jest pod tym kątem dość wyjątkowa, gdyż oprócz uczucia dwojga kochanków, mamy tu do czynienia z intrygą polityczną. Tytułowa Aida to córka etiopskiego króla. Los sprawił, że stała się niewolnicą córki Faraona. Na dworze zauważył ją Radames, dzielny wojownik, który pokochał ją od razu, ku nieszczęściu córki Faraona, Amneris. Ta kochała go, jednak bez wzajemności. Wiedziona chęcią zemsty donosiła kapłanom, że Radames wraz z Aidą knują przeciw Egiptowi. Zdradzeni kochankowie giną, zaś Amneris pogrąża się w rozpaczy z powodu swoich czynów.

Opera na zamówienie

„Aida” nie była owocem nieskrępowanej weny twórczej Verdiego. Zlecono mu jej stworzenie, aby uświetnić obchody otwarcia kanału Sueskiego. Niestety, jak większość dzieł na zamówienie, nie jest najwybitniejsza. Znajdziemy w niej tylko kilka momentów, dla których warto ją obejrzeć. Pierwszym z nich jest miłosna aria Radamesa „O słodka Aïdo”, drugim Marsz Tryumfalny. Ten drugi utwór znany jest szerszej publiczności. Wyodrębnił się z całości dzieła i żyje swoimi indywidualnym życiem. Często możemy usłyszeć go w filmach czy... reklamach.

Wielka Defilada znad Wisły w Nowym Jorku

Przedstawienie transmitowane z Nowego Jorku zachwycało scenografią. Ruchoma, wielopiętrowa dekoracja pełna była przepychu. Imponująca była scena otwierająca II akt: ściana, na czubku której stali żołnierze, powoli opadała w dół odsłaniając ogromy chór oraz naprawdę bogatą i dopieszczoną scenografię. Mieliśmy uczucie, że oto znajdujemy się w starożytnym Egipcie. Zaś liczba postaci, jakie w tym akcie pojawiały się na scenie, również zachwycała. Wszystko to świadczy o wysokim poziomie, jaki prezentuje Metropolitan. Podczas antraktu pojawiały się żartobliwe komentarze, iż tryumfalny pochód przypominał Wielką Defiladę z sierpnia 2018 w Warszawie.

Lepszy tragiczny koniec, niż sielankowy początek

W przerwie, gdy technicy ustawiali dekoracje, odtwórca roli Radamesa, Aleksandrs Antoņenko, udzielił wywiadu. Zapytany, który fragment swojej roli lubi najbardziej, dość niespodziewanie odpowiedział: scenę mojej śmierci. Trzeba przyznać, że włożył w nią całe serce. O ile wcześniej Antoņenko był mało wyrazisty, w finale dał popis własnych umiejętności, podobnie jak Anna Netrebko, Aida. Rosyjska sopranistka wyraźnie musiała się rozśpiewać, lecz z każdym kolejnym aktem brzmiała coraz lepiej.

Podsumowując: śpiewacy udźwignęli niezbyt wybitne dzieło, a braki w materii muzycznej uzupełnili technicy i ich wspaniała scenografia. Z ciekawością wyczekujemy kolejnej transmisji, tym razem „Samsona i Dalili”.