W rozmowie z Ewą Stankiewicz Glenn Joergensen przyznał, że sposób prowadzenia śledztwa przez MAK i polską komisję Millera był niedopuszczalny. Jak dodał, należy znaleźć hipotezy do dowodów, a nie dopasowywać dowody do hipotez. 

Najważniejsze, że owe śledztwo opiera się na dowodach. Nie można dopasowywać dowodów do hipotez, ale trzeba znaleźć hipotezy, które mogą wyjaśnić wszystkie zebrane dowody. Jeśli to pierwsze zostanie zrobione, to można udowodnić wszystko. To właśnie jest problemem śledztwa rosyjskiej komisji MAK i polskiej komisji Millera, gdzie, jak udokumentowaliśmy w naszym raporcie technicznym, złamano wszystkie standardy właściwego śledztwa katastrof lotniczych

Duński śledczy, pracujący w zespole wyjaśniającym katastrofę smoleńską podkreślił, że wszystkie zgromadzone dowody wskazują na to, iż w lewym skrzydle samolotu doszło do eksplozji.

- W lewym skrzydle mamy wyraźne, jednoznaczne ślady eksplozji. Możemy ponad wszelką wątpliwość stwierdzić, że w lewym skrzydle nastąpiła eksplozja. Stwierdzamy również, że eksplozja ta nie jest typowa dla wybuchu spowodowanego paliwem. Eksplozja ta nosi cechy charakterystyczne dla eksplozji spowodowanej materiałami wybuchowymi, czyli eksplozji wysokich prędkości, takich jak siedem tysięcy metrów na sekundę - mówi.

Glenn Joergensen to duński inżynier, specjalizujący się w analizie strukturalnej i pilot cywilny. Jest ekspertem Zespołu Parlamentarnego ds. Zbadania Przyczyn Katastrofy Tu-154M w Smoleńsku. Ustalił m.in., że samolot prezydencki nie uderzył w ogóle w słynną brzozę, lecz przeleciał ponad nią, a do katastrofy doprowadziła eksplozja lub szereg eksplozji. W wyniku katastrofy 10 kwietnia 2010 roku zginęło 96 osób, w tym prezydent RP prof. Lech Kaczyński wraz z małżonką.