Milicjanci szli pod wskazany adres i opowiadali ludziom, że Żydzi przetrzymali w piwnicy ośmioletniego Henryka Błaszczyka celem przeprowadzenia mordu rytualnego. Chłopiec faktycznie zniknął 1 lipca wieczorem, co wzbudziło niepokój jego ojca, Walentego. Gdy syn wrócił po dwóch dniach po beztroskim pobycie w sąsiednich wsiach, prawdopodobnie aby uniknąć gniewu ojca, wymyślił historyjkę o przetrzymywaniu go w piwnicy budynku przy ulicy Planty 7, gdzie mieścił się pensjonat dla przejezdnych Żydów. Stary Błaszczyk zgłosił sprawę na milicję, i to zapoczątkowało lawinę wydarzeń.

Wina tylko milicji i wojskowych

Nazajutrz do budynku wszedł oddział umundurowanych milicjantów, ale nic nie znalazł. Zaniepokojeni tym zamieszaniem miejscowi Żydzi, natychmiast pokazali też, że pod sprawdzanym adresem nie ma nawet pomieszczeń piwnicznych. Zamiast zweryfikować zeznania dziecka, przywiązano do nich podejrzanie wielką wagę, choć później nie pozwolono by chłopaka przesłuchali adwokaci. Następnego dnia nad ranem pod domem pojawili się żołnierze Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego i MO, a także mieszkańcy Kielc. Dziwne zeznania składał potem bezpiece Henryk Rybak, opowiadając o jakiejś kobiecie, która „podburzała tłum słowami: «Bić Żyda, mamy żydowsko-rosyjski rząd, a polskiego nie mamy, precz z żydowskim bezpieczeństwem» itp. wyrażenia”. Mało to adekwatne słowa, skoro pretekstem miała być próba mordu rytualnego na polskim chłopcu, a na miejscu byli ludzie z KBW, a więc właśnie z „żydowskiego bezpieczeństwa”, któremu tłum miał podobno przyklaskiwać. Jura Mojżesz, jeden z lokatorów budynku, w oficjalnych zeznaniach opowiadał, że „tłum krzyczał: «Brawo wojsko», «Brawo milicja», oraz słyszałem bardzo dużo strzałów na dole, a ja byłem na drugim piętrze”. Ludzie na zewnątrz mieli być wściekli, to oni właśnie – zdaniem raportów bezpieki – byli odpowiedzialni za zabójstwa, jednak nawet Mojżesz przyznawał, że „w całym zajściu była wina tylko milicji i wojskowych, którzy ludzi wypuszczali z domu na dół, gdzie już ludzie cywilni na nich czekali, aby ich zabić”. Nie jest do końca znana rola komunistycznych funkcjonariuszy, skoro w tej sprawie nie było postronnych świadków, gdyż akcja działa się wewnątrz budynku. Oficjalnie mieli oni odgrodzić dom od tłumu, faktycznie pełnili niejasną rolę sterowania sytuacją. Część ofiar zginęła od bagnetów czy kul, a więc z rąk MO lub KBW, a część w okrutny sposób zabili ludzie stojący wokół budynku. Wczesnym popołudniem rzeź się zakończyła, choć na sąsiednich stacjach kolejowych odnotowano kolejne przypadki morderstw na Żydach.

Pogromowe oskarżenia

Jednak śmierć ofiar nie była końcem zdarzeń. Następny rozdział historii został napisany przez walkę propagandową pomiędzy komunistycznym rządem, Kościołem Katolickim i Podziemiem Niepodległościowym. I właśnie ta dyskusja trwa do dziś. Część środowisk wskazuje na rolę komunistycznej bezpieki, nie tylko zresztą polskiej, ale i sowieckiej, sterowanej poleceniami z Moskwy. Od samego początku antykomuniści podejrzewali inspirację ze strony „czerwonych”. Podziemna prasa twierdziła: „Motywem tym była chęć odwrócenia uwagi zachodniej opinii publicznej od spraw nadużyć referendum. Sprawa ta była tak fascynująca dla korespondentów zagranicznych i opinii na Zachodzie, że istniał tylko jeden sposób skierowania tego zainteresowania [w] innym kierunku, a była nim «heca antyżydowska»; był to haczyk tym lepszy, że nie daje się zaprzeczyć istnieniu, a nawet wzrostowi antysemityzmu w Polsce”. Podobnego zdania był Stanisław Mikołajczyk, przywódca Polskiego Stronnictwa Ludowego starającego się legalną drogą powstrzymać komunistów od przejęcia władzy. „W Kielcach major Sobczyński, oficer bezpieczeństwa odpowiedziany za zamordowanie Kojdera w Rzeszowie, nakazał robotnikom odlewni żelaza przybyć w oznaczonym czasie na zebranie”. Miejscem zbiórki miał być właśnie budynek żydowski, jednak robotnicy uchylili się od polecenia. U Mikołajczyka pojawia się postać jeszcze innego prowokatora, tym razem sowieckiego: „Zjawił się wkrótce oddział wojska pod komendą ruskiego pułkownika” – wspominał Mikołajczyk. „Ten – wiedząc oczywiście o całym spisku – zdziwiony był, że tłum (…) nie zjawił się jeszcze. (…) Skierował bezlitośnie swoich ludzi przeciw żydowskim mieszkańcom pensjonatu, zabijając czterdziestu i raniąc tyle samo. W nadziei, że sprowokuje motłoch do akcji przeciw wojsku, kazał wyrzucić zabitych na ulicę”. (...)

Wspomniany ruski pułkownik Diomin pojawił się w Kielcach kilka tygodni wcześniej, a niewiele później wyjechał. Zupełnie jakby przybył na czas konkretnej misji – cóż bowiem miałby robić wykwalifikowany sowiecki oficer ds. żydowskich w prowincjonalnym miasteczku wyzwalanej Polski?

Cały artykuł Jakuba Maciejewskiego można przeczytać w tygodniku GP.