"Paniczny strach przed najmniejszą nawet podwyżką opłat za śmieci współtworzy patologie, z którymi próbuje walczyć rząd - przekonują eksperci. Ich zdaniem szukanie oszczędności jest krótkowzroczne. Bo gdy okazuje się, że część odpadów nie może być zagospodarowana po oferowanych cenach - lądują one w lasach. A gminy muszą potem płacić za ich uprzątnięcie"

- informuje gazeta.

Zdaniem "DGP" jest jeszcze gorzej, gdy składowisko spłonie, jak miało to miejsce w kilkudziesięciu przypadkach w ostatnich miesiącach. Koszty usunięcia skutków takiego pożaru są bowiem ogromne. Sama rekultywacja terenu pogorzeliska liczona jest w milionach złotych.

"Niektóre samorządy od kilku lat utrzymują bardzo niskie stawki opłat za wywóz śmieci. Niekiedy nawet dopłacają do tego z gminnych budżetów"

- mówi cytowany w artykule Dariusz Matlak, prezes Polskiej Izby Gospodarki Odpadami. Według niego zdarzają się nawet włodarze, którzy zupełnie ignorują obowiązujące przepisy i przymykają oko na nielegalne zagospodarowywanie odpadów na ich terenie.

"Zrobią wszystko, by nie obciążać mieszkańców dodatkowymi kosztami. A opłaty za śmieci stały się już niemal kategorią polityczną"

- uważa Matlak.

"Gdzieniegdzie stawki są absurdalnie niskie. Wynoszą np. 6 zł od osoby miesięcznie" - mówi Leszek Świętalski, sekretarz generalny Związku Gmin Wiejskich RP. Zastanawia się, dlaczego tak rażąco niskimi kwotami nie interesują się odpowiednie organy. Jego zdaniem jest bowiem oczywiste, że przy takich stawkach część śmieci musi wylądować w jakimś żwirowisku lub spłonąć.