„Tak jest, zwalczałem dwie okupacje oddany Polsce i służbie Bożej. Pewnie uwzględni Bóg apelację, którą Mu bezpośrednio złożę”

– mówił niezłomny jezuita w ostatnim słowie. Pretekstem było odprawianie antymarksistowskich mszy świętych dla „żołnierzy lasu”, ale stalinowskim bestiom chodziło o atak na cały Kościół katolicki. Wyrok wykonali metodą katyńską 14 września 1949 r. na podwórku ubeckiej katowni przy ul. Montelupich w Krakowie. 35-letni ks. Władysław Gurgacz miał „szczęście” – ktoś oznaczył jego bezimienną mogiłę na Cmentarzu Rakowickim.

„Zrehabilitowany” dopiero w 1992 r. W 2008 r. prezydent RP Lech Kaczyński odznaczył pośmiertnie księdza Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski: „W imię miłości Boga i Ojczyzny wybrał los ludzi wyklętych przez komunistyczną propagandę i wyjętych spod prawa, nieustannie tropionych przez aparat bezpieczeństwa, zaciekle zwalczanych, a w razie aresztowania okrutnie torturowanych i skazywanych na śmierć. I nie zawahał się pójść tą drogą aż do samego końca”. Jeden ze współwięźniów celi poświęcił „Słudze Maryi” wiersz: „A kiedy wpadło oprawców czterech / I ręce wiązali mu liną, / On wciąż powtarzał: „Wybacz im Panie, / Przecież nie wiedzą, co czynią”. Kłamliwy oskarżyciel ks. Władysława Gurgacza, prokurator Henryk Ligięza, zdrajca polskiej sprawy (przed wojną absolwent prawa Uniwersytetu Warszawskiego, potem AK-owiec, powstaniec warszawski), po śmierci w 1973 r. został pochowany na… stołecznych Powązkach Wojskowych. Ale to niezłomnego księdza przybliża film Dariusza Walusiaka „Gurgacz. Kapelan Wyklętych”.